***
Kilka dni temu zarządziłem w
Stowarzyszeniu Życia reorganizację naszej pracy. Do tej pory wszyscy
siedzieliśmy w swoich gabinetach, zajmując się ważnymi lub mniej ważnymi sprawami.
Ostatnio strasznie mi się nudziło, dlatego postanowiłem odegrać rolę szefa
(oczywiście od zawsze nim byłem, ale jakoś nikt nie zwracał na to uwagi), który
będzie miał pod czujnym okiem swoich pracowników. To dlatego stworzyłem nam
biuro – monumentalną przestrzeń z setkami biurek oddzielonymi od siebie
dyktowymi ściankami. Zarządziłem również zmianę garderoby na bardziej wizytową.
Każdy miał od dzisiaj nosić na sobie biurowy strój składający się ze spodni i
koszuli lub damskiej garsonki. Destiny nie była z tego powodu zadowolona,
ponieważ nienawidziła spódnic, ale musiała się mnie słuchać, tak jak pozostali.
Istniał jeszcze drugi
ukryty powód, dla którego postanowiłem wcielić się w rolę srogiego szefa twardo
stąpającego po biurze – chciałem zaimponować Torii. Od tygodnia odrzucała moje
zaloty, powtarzając, że w końcu powinienem wziąć się za Stowarzyszenie, a nie
za romansowanie. Przez to moje plany na uwiedzenie jej spełzły na niczym. Na
szczęście miałem tęgi umysł i byłem genialnym aktorem, dlatego wystarczyło
zarządzić kilkudniową reorganizację, poznęcać się trochę nad swoimi
podwładnymi, aby uczynić ich leniwą pracę efektywniejszą, ubrać garnitur,
ułożyć w wielkie stosy scenariusze ludzkości, które będą zalegać na moim
szefowskim biurku, a potem wezwać swoją ukochaną na nocne posiedzenie.
Biuro. Przyciemnione
światła. Zapach świeżej kawy. Nastrój sprzyjający pragnieniu relaksu. Wygodna
sofa. Miękki koc. Szampan. Świeże kwiaty. Właśnie tak kończyły się romantyczne
schadzki w filmach.
Dzisiaj Toria z pewnością
mi nie ucieknie.
Kiedy
usłyszałem dźwięk zatrzymującej się windy, opuściłem nogi, które trzymałem na
biurku i chwyciłem leniwie za jeden ze scenariuszy ludzkości. Pochyliłem się
nad nim z długopisem w dłoni i zmarszczyłem czoło, udając, że jakaś kwestia
dotycząca życia randomowego człowieka bardzo mnie zajmuje.
– Cześć – usłyszałem niepewny
głos.
Uniosłem z udawanym
zdziwieniem oczy i uśmiechnąłem się szeroko, pokazując, jak bardzo jestem
zadowolony z powodu jej niesamowicie zaskakującej wizyty (przecież w ogóle się
jej nie spodziewałem!).
– Wybacz, byłem zajęty
układaniem scenariusza – przerwałem i spojrzałem kątem oka na imię i nazwisko
obiektu mojego niewinnego kłamstwa – Genowefy Szpinak. – Zmrużyłem oczy. –
Znaczy Szpak. – Wyszczerzyłem się niewinnie. – Wiesz, jestem już taki zmęczony,
że obraz mi się rozmazuje przed oczami. Potrzebuję się odprężyć. – Westchnąłem
jak umęczony pracą człowiek, przeciągając się niczym rozespany kot.
Toria oparła się o
framugę drzwi, założyła ręce na piersi i spojrzała na mnie pobłażliwie. Czyżby
nie dowierzała moim szczerym intencjom?
– Tylko my jesteśmy
teraz w biurze? – spytała z rozbawieniem. Najwyraźniej wciąż bawił ją mój
pomysł na uczynienie Stowarzyszenia Życia jedną wielką korporacją pracującą na
rzecz ludzkości.
– Tylko ty, ja –
podniosłem się z krzesła, podszedłem do lodówki i z rozmachem ją otworzyłem.
Spodziewałem się ujrzeć tam szampana, ale zamiast tego napotkałem coś o wiele
bardziej zaskakującego – i to zbyt dojrzałe awokado z przyczepioną do niego
karteczką – syknąłem przez zęby, wyciągając to przeklęte zielone warzywo z
niemal pustej lodówki. Niebieska karteczka głosiła: „Chciało mi się pić.
Wymieniłam na to, co miałam akurat pod ręką. Twoja ukochana siostra, Destiny”.
Przekląłem pod nosem,
podnosząc się z klęczek. Toria stanęła za moimi plecami i zerknęła na trzymane
przeze mnie awokado. Najwyraźniej próbowała nie wybuchnąć śmiechem, bo szybko
przyłożyła do ust dłoń.
– Nie wiedziałam, że
Destiny jest fanką szampana.
– Ja też nie –
mruknąłem, marszcząc czoło.
Zaraz. Coś mi tutaj nie
pasowało.
Spojrzałem najpierw na
awokado, a potem na Torię.
– Skąd wiedziałaś, że
Destiny ukradła mi szampana? – spytałem podejrzliwie.
Dziewczyna chrząknęła w
zaciśniętą pięść i spojrzała gdzieś w bok.
– Tak prawdę
powiedziawszy, to przyszłam tu tylko po to, żeby zobaczyć, jak sobie radzisz,
Fate. Widzę, że ciężko pracujesz, jak to często bywa w korporacjach, dlatego
zostawię cię tutaj z tym oto przejrzałym awokado i wrócę do domu, ponieważ
czeka na mnie praca domowa – powiedziała niewinnym, przepełnionym słodyczą
głosem, kierując się w stronę wyjścia. Ręce miała złożone za plecami, a krok
jakiś dziwnie sztywny.
– Toria – odezwałem się
z chłodną powagą – spiskujesz z moją siostrą i to na dodatek za moimi plecami?
– Uniosłem w górę brew, ściskając w dłoni awokado. Czułem jak jego zielony
wnętrze rozchodzi się pod skórką.
– Och, daj spokój,
Fate. – Toria zaśmiała się niemrawo, przypominając mi o tym, że w
przeciwieństwie do mnie była naprawdę słabą kłamczuchą. Kiedy spiorunowałem ją
złym spojrzeniem, westchnęła ciężko, zmarszczyła czoło i rzuciła: – Myślisz, że
nie widzę, że próbujesz się do mnie dobrać?! Nie jestem głupia! Wiem, że
urządziłeś w Stowarzyszeniu Życia biuro tylko po to, aby mnie tutaj zaprosić,
udowodnić, że świetnie ci idzie i dostać swoją nagrodę! Matko, Fate, po co by
ci były dwa kieliszki na twoim biurku, szampan w lodówce i przyciemnione
światło, przy którym nawet nie da się pracować? Przestań traktować mnie jak idiotkę
i wstrzymaj swoje żądze! Dopiero od niedawna ze sobą jesteśmy!
– Przecież już cię
widziałem nago.
Kiedy ja wzruszyłem
obojętnie ramionami, Toria spłonęła rumieńcem.
– Bo wpadłeś mi do
łazienki bez pukania!
– No, tak. Myślałem, że
utopiłaś się w wannie.
– Musiałeś słyszeć jak
śpiewam, nie okłamuj mnie!
– Myślałem, że to
dźwięk, który wydają z siebie ludzie, gdy się krztuszą wodą. – Udałem
zdziwienie. – Cholera. Ale byłem głupi. – Puknąłem siebie w głowę,
powstrzymując się od wrednego uśmieszku, który sam chciał się wprosić na moją
twarz.
Dziecięca złość
wykrzywiająca twarz Torii z każdą sekundą wzmagała swoją siłę. Już po chwili
miała nadmuchane jak balony policzki zdobione soczystymi rumieńcami, ściągnięte
brwi, usta ułożone w kaczy dzióbek i groźnie zmrużone oczy. Blade pięści
zacisnęły się w taki sposób, jakby chciały komuś w trybie natychmiastowym
przywalić. Ciekawe na kogo się tak wściekała?
– Nigdy więcej mnie nie
dotkniesz!
– Mówisz? – spytałem uwodzicielskim
głosem, opierając się luzacko o biurko. Prawą dłonią rozluźniłem zbyt ciasny
krawat. Trzeba przyznać, że to nie był mój outfit. Wolałem luźne koszulki. – A
czy muszę cię pytać o zdanie? Jesteśmy w tym biurze sami. Właśnie zablokowałem
windę i zamknąłem wszystkie wyjścia. – Uśmiechnąłem się wrednie. – Pamiętasz tę
historyjkę o polującym na sarnę wilku? Tak, dokładnie tę, którą opowiadałaś
swojej pięcioletniej kuzynce.
Toria straciła nagle
wszystkie kolory i zaczęła się strategicznie wycofywać.
Oderwałem się od
biurka, ruszając w jej kierunku.
– Chyba nie muszę ci
przypominać, jak się skończyła? – spytałem niskim, mrocznym głosem, zanosząc
się diabelskim śmiechem. – Wilk w końcu dopadł sarnę.
Dziewczyna chwyciła
niespodziewanie za lampę i rzuciła nią w moim kierunku, pozbawiając nas tym
samym światła. To mi jednak nie przeszkodziło w polowaniu. Kiedy ona wybiegła z
mojego prywatnego biura, ja ruszyłem za nią.
Może Toria jeszcze tego
nie wiedziała, ale przed Losem nie dało się uciec.
Hej :)
OdpowiedzUsuńChwila, wróć. Fate wparował Torii do łazienki, widział ją nago i jeszcze żyje? Ja to bym go zabiła.
Ale muszę przyznać, że szopkę urządził niezłą. I to tylko po to, by zaimponować dziewczynie, w której jest zakochany. Z jednej strony podziwiam, bo musiał to wszystko ogarnąć, by stworzyło pozory biura, z drugiej chciałabym mu przywalić za to, że w jego oczach Toria może uchodzić za idiotkę i się prostych rzeczy nie domyślać.
Jest tu klimat SŻ, jest Destiny, która nie lubi pomagać bratu, jest i Los oraz jego miłość, jest pościg na końcu i ja to kupuję, szczerze uwielbiając.
Pozdrawiam.