Dawno nie było tej dwójki, a jakoś chciałam odejść od smutnych wydarzeń. Więc proszę mamy Profesora i Deiji. Poprzednie teksty w [Seriach]. Miłej lektury!
To się działo
Mapa coraz mniej nadawała się do oglądania. Potargana, poplamiona przez kubki z kawą, z ledwie wyraźną rzeką zaznaczoną kiedyś na ładny niebieski kolor. Zagadkowe słowo koalicja napisane pomiędzy dwoma obwiedzionymi w koła obszarami. Obok mapy spoczywała kartka papieru, niegdyś biała, teraz popisana, z cyframi i słowami w jakimś dziwnym języku – lub tak niewyraźnie zapisanymi – oraz z rysunkiem drzewa. Proces myślowy u Profesora skończył się za szybko, to dlatego pozwolił sobie na malunki, choć one nie były w stanie rozwiązać problemu, który pojawił się podczas dzisiejszych badań.
Wiedział, że gdzieś popełnił błąd, nie umiał jednak wskazać, w którym miejscu to nastąpiło. Nie miał już jednak sił, by przyglądać się mapie i kartce. Nawet Profesora potrafiło dopaść zwykłe, ludzkie zmęczenie.
Dobrze mogło podziałać na niego jedno – chwila relaksu poza laboratorium, gdzie się zaszył przed południem. Jako że policja wyjątkowo nie potrzebowała żadnych konsultacji, jemu też ostatnio nikt nie zaszedł za mocno za skórę, by chciał go w rewanżu zabić, mógł więc oddać się swoim naukowym zajęciom. Jako że po wielu godzinach ciężkiej pracy mózg zgłaszał protest, mężczyzna postanowił chwilę odpocząć. Najlepiej przy jakieś lubianej piosence i szklaneczce szkockiej.
Opuścił więc pokój, zwany przez siebie dziuplą, i przeszedł do maleńkiej kuchni, gdzie zostawił wcześniej telefon, z którego mógłby puścić swoją ulubioną składankę. Przesłuchanie całej zajęłoby kilka godzin, jemu teraz powinno wystarczyć kilka minut, by się zresetować.
Zdziwił się, kiedy w pomieszczeniu zastał swoją asystentkę. Był pewien, że wyszła już do siebie – mógłby przysiąc, że słyszał, jak ktoś trzaska drzwiami wyjściowymi. Czy wróciła z jakiegoś konkretnego powodu?
Siedziała przy małym stoliku, za towarzystwo mając jedynie kieliszek i butelkę alkoholu.
– Co to? – zapytał, dając znać o tym, że wszedł do kuchni. – Czyżby spirytus?
Deiji spojrzała na niego, a jej opuchnięte, czerwone oczy nieco go przeraziły. Musiała płakać, a on strasznie nie lubił, kiedy to robiła. A nie zdarzało jej się to za często.
Ach, no racja. Przypomniał sobie. Dzisiaj mijała kolejna rocznica śmierci tego krewnego kobiety, który opiekował się nią w dzieciństwie, gdy rodzice Deiji ciężko pracowali i starali się przyzwyczaić do życia na nowej ziemi. Profesor nie wiedział, ile to czasu już minęło, ale mimo jego upływu mógł powiedzieć, że tęsknota asystentki za tą osobą ani trochę nie zmalała.
– To nie spirytus. – Deiji zdołała wydobyć z siebie tych kilka słów. – Jakże bym śmiała. To czyste soju. Chcesz skosztować?
Pokiwał przecząco głową. Już raz dał się na to namówić, co nie skończyło się najlepiej. Kobieta albo tego nie zauważyła, bo była już trochę zamroczona procentami, albo też nie chciała tego widzieć. W każdym razie wstała od stołu, by z półki wziąć jeszcze jeden kieliszek, po czym nalała do niego alkohol i spojrzała na swojego pracodawcę.
– Siadaj i pij, dzisiaj się nam należy – nakazała, a on wypełnił jej polecenie, w końcu dzisiaj niczym nie ryzykowali. Chyba.
Stuknęło szkło, naczynia zostały przechylone, a w gardłach pojawił się przez chwilę ciepły ogień. Po tej krótkiej chwili wspólnej celebracji picia soju oboje zamilkli. Tylko to mieszkanko zaadaptowane na gabinet i laboratorium wydawało z siebie odgłosy, jakby chciało dać znać, że żyje. W rurach nad ich głowami płynęła woda, kablami biegł prąd, a lodówka w tej małej kanciapie ledwie, ale jeszcze dychała.
Któryś z tych dźwięków nie dawał Deiji spokoju, kojarząc się z innym odgłosem, jakby krokami.
– Tylko my jesteśmy teraz w biurze? – zapytała, patrząc na swojego szefa.
Profesor uniósł głowę, wsłuchał się, a potem rozejrzał dookoła. Jego uwagę przykuł zielony przedmiot na blacie pod szafkami, pewnie zapomniany.
– Ty, ja i to zbyt dojrzałe awokado – odparł, wskazując na nie.
Kobieta zamyśliła się.
– A mamy jeszcze płatki chili i limonkę?
Niedawno robiła zakupy dla ich dwójki, ale zapomniała już, co wtedy nabyła.
– Tak, a co?
Uśmiechnęła się, jakby knuła coś niedobrego, a on już wiedział, co się wydarzy. Oboje wiedzieli.
– Guacamole! – krzyknęła, poruszając przy tym rękami zbyt gwałtownie i prawie wywracając przy tym butelkę soju, która była bardziej opróżniona niż pełna.
Nim mężczyzna zdołał zareagować i pochwycić butelkę, jego asystentka już myszkowała po szafkach i robiła własny hałas, byle jak najszybciej zacząć tworzyć mały cud meksykańskiej kuchni.
Profesorowi nie pozostało nic innego, jak do niej dołączyć. Już dawno niczego razem nie pichcili, teraz mogli spędzić tak razem czas, co mogło być przyjemne, nawet jeśli jedno z nich było już trochę pijane. Lubił to uczucie, które pojawiało się, kiedy mógł robić coś z Deiji, co nie było związane z pracą. To wywołało u niego coś jeszcze – znacznie silniejsze uczucie. Ale o nim nie musiał mówić swojej asystentce.
Zajął się wyciskaniem soku z cytryny, gdy Deiji masakrowała Bogu winne awokado. W międzyczasie mężczyzna załączył swoją playlistę na telefonie. Z głośnika poleciała piosenka, która od tygodnia siedziała tej dwójce w głowach. Profesor ani trochę nie zdziwił się, kiedy jego asystentka zaczęła śpiewać razem z wokalistą i tańczyć do utworu. Właściwie to chciał, by zrobiła coś z radością, a nie pogrążała się tylko w smutku związanym z rocznicą.
– Sok proszę – rzucono polecenie.
Limonka trafiła do towarzyszy, została zmieszana, czego nie zrobiono by z martini, a cały plan praktycznie wykonany. Brakowało tylko jednej rzeczy, by ten wieczór był inny, niż się na to zapowiadało.
– Mamy jeszcze nachosy?
I to własnej roboty, bo czasami panna Park decydowała się na gotowanie, smażenie i pieczenie zamiast na o wiele prostsze zakupy. Trzeba było jednak oddać jej, że nachosy zrobiła cudne. To będzie miła niespodzianka, jeśli jakieś się jeszcze ostały.
– Powinny być na górze w półce.
I były. Tylko kobiecie zabrakło centymetrów, by się do nich dostać.
Profesor przyszedł jej więc z pomocą. Stanął za nią i ponad głową sięgnął po puszkę wypełnioną kukurydzianymi chipsami.
Deiji obróciła się ku niemu i spojrzała na niego. Była tak blisko. Nie mógł się powstrzymać. Nim zdał sobie z tego sprawę, pochylił głowę i zbliżył twarz do jej twarzy, swoje wargi do jej ust.
Jeśli miał coś mieć z tego wieczoru, to mógł to być ten jeden piękny błąd.
To wspomnienie tkwiło właśnie w jego głowie teraz, kiedy nie wiedział, gdzie jest, ale chciał jednego – jeśli to możliwe, powtórzyć tamten błąd. Do tego potrzebna była mu osoba, która właśnie ściskała go za rękę.
Wziął więc, mimo bólu, głęboki oddech i wychrypiał jedno słowo.
– Deiji.
__________________________
Oni mają guacamole, ja miałam chipsy z batatów. Yummy!
To się działo
Mapa coraz mniej nadawała się do oglądania. Potargana, poplamiona przez kubki z kawą, z ledwie wyraźną rzeką zaznaczoną kiedyś na ładny niebieski kolor. Zagadkowe słowo koalicja napisane pomiędzy dwoma obwiedzionymi w koła obszarami. Obok mapy spoczywała kartka papieru, niegdyś biała, teraz popisana, z cyframi i słowami w jakimś dziwnym języku – lub tak niewyraźnie zapisanymi – oraz z rysunkiem drzewa. Proces myślowy u Profesora skończył się za szybko, to dlatego pozwolił sobie na malunki, choć one nie były w stanie rozwiązać problemu, który pojawił się podczas dzisiejszych badań.
Wiedział, że gdzieś popełnił błąd, nie umiał jednak wskazać, w którym miejscu to nastąpiło. Nie miał już jednak sił, by przyglądać się mapie i kartce. Nawet Profesora potrafiło dopaść zwykłe, ludzkie zmęczenie.
IF IT'S WRONG
Dobrze mogło podziałać na niego jedno – chwila relaksu poza laboratorium, gdzie się zaszył przed południem. Jako że policja wyjątkowo nie potrzebowała żadnych konsultacji, jemu też ostatnio nikt nie zaszedł za mocno za skórę, by chciał go w rewanżu zabić, mógł więc oddać się swoim naukowym zajęciom. Jako że po wielu godzinach ciężkiej pracy mózg zgłaszał protest, mężczyzna postanowił chwilę odpocząć. Najlepiej przy jakieś lubianej piosence i szklaneczce szkockiej.
LET THEM PUT IN A SONG
Opuścił więc pokój, zwany przez siebie dziuplą, i przeszedł do maleńkiej kuchni, gdzie zostawił wcześniej telefon, z którego mógłby puścić swoją ulubioną składankę. Przesłuchanie całej zajęłoby kilka godzin, jemu teraz powinno wystarczyć kilka minut, by się zresetować.
Zdziwił się, kiedy w pomieszczeniu zastał swoją asystentkę. Był pewien, że wyszła już do siebie – mógłby przysiąc, że słyszał, jak ktoś trzaska drzwiami wyjściowymi. Czy wróciła z jakiegoś konkretnego powodu?
Siedziała przy małym stoliku, za towarzystwo mając jedynie kieliszek i butelkę alkoholu.
– Co to? – zapytał, dając znać o tym, że wszedł do kuchni. – Czyżby spirytus?
Deiji spojrzała na niego, a jej opuchnięte, czerwone oczy nieco go przeraziły. Musiała płakać, a on strasznie nie lubił, kiedy to robiła. A nie zdarzało jej się to za często.
IF IT'S RIGHT
Ach, no racja. Przypomniał sobie. Dzisiaj mijała kolejna rocznica śmierci tego krewnego kobiety, który opiekował się nią w dzieciństwie, gdy rodzice Deiji ciężko pracowali i starali się przyzwyczaić do życia na nowej ziemi. Profesor nie wiedział, ile to czasu już minęło, ale mimo jego upływu mógł powiedzieć, że tęsknota asystentki za tą osobą ani trochę nie zmalała.
– To nie spirytus. – Deiji zdołała wydobyć z siebie tych kilka słów. – Jakże bym śmiała. To czyste soju. Chcesz skosztować?
Pokiwał przecząco głową. Już raz dał się na to namówić, co nie skończyło się najlepiej. Kobieta albo tego nie zauważyła, bo była już trochę zamroczona procentami, albo też nie chciała tego widzieć. W każdym razie wstała od stołu, by z półki wziąć jeszcze jeden kieliszek, po czym nalała do niego alkohol i spojrzała na swojego pracodawcę.
– Siadaj i pij, dzisiaj się nam należy – nakazała, a on wypełnił jej polecenie, w końcu dzisiaj niczym nie ryzykowali. Chyba.
LET'S RISK IT ALL TONIGHT
Stuknęło szkło, naczynia zostały przechylone, a w gardłach pojawił się przez chwilę ciepły ogień. Po tej krótkiej chwili wspólnej celebracji picia soju oboje zamilkli. Tylko to mieszkanko zaadaptowane na gabinet i laboratorium wydawało z siebie odgłosy, jakby chciało dać znać, że żyje. W rurach nad ich głowami płynęła woda, kablami biegł prąd, a lodówka w tej małej kanciapie ledwie, ale jeszcze dychała.
Któryś z tych dźwięków nie dawał Deiji spokoju, kojarząc się z innym odgłosem, jakby krokami.
– Tylko my jesteśmy teraz w biurze? – zapytała, patrząc na swojego szefa.
Profesor uniósł głowę, wsłuchał się, a potem rozejrzał dookoła. Jego uwagę przykuł zielony przedmiot na blacie pod szafkami, pewnie zapomniany.
– Ty, ja i to zbyt dojrzałe awokado – odparł, wskazując na nie.
Kobieta zamyśliła się.
– A mamy jeszcze płatki chili i limonkę?
Niedawno robiła zakupy dla ich dwójki, ale zapomniała już, co wtedy nabyła.
– Tak, a co?
Uśmiechnęła się, jakby knuła coś niedobrego, a on już wiedział, co się wydarzy. Oboje wiedzieli.
'CAUSE WE BOTH
– Guacamole! – krzyknęła, poruszając przy tym rękami zbyt gwałtownie i prawie wywracając przy tym butelkę soju, która była bardziej opróżniona niż pełna.
Nim mężczyzna zdołał zareagować i pochwycić butelkę, jego asystentka już myszkowała po szafkach i robiła własny hałas, byle jak najszybciej zacząć tworzyć mały cud meksykańskiej kuchni.
Profesorowi nie pozostało nic innego, jak do niej dołączyć. Już dawno niczego razem nie pichcili, teraz mogli spędzić tak razem czas, co mogło być przyjemne, nawet jeśli jedno z nich było już trochę pijane. Lubił to uczucie, które pojawiało się, kiedy mógł robić coś z Deiji, co nie było związane z pracą. To wywołało u niego coś jeszcze – znacznie silniejsze uczucie. Ale o nim nie musiał mówić swojej asystentce.
KNOW THE FEELING'S STRONG
Zajął się wyciskaniem soku z cytryny, gdy Deiji masakrowała Bogu winne awokado. W międzyczasie mężczyzna załączył swoją playlistę na telefonie. Z głośnika poleciała piosenka, która od tygodnia siedziała tej dwójce w głowach. Profesor ani trochę nie zdziwił się, kiedy jego asystentka zaczęła śpiewać razem z wokalistą i tańczyć do utworu. Właściwie to chciał, by zrobiła coś z radością, a nie pogrążała się tylko w smutku związanym z rocznicą.
AND EVEN IF IT ALL
FADES AWAY
– Sok proszę – rzucono polecenie.
Limonka trafiła do towarzyszy, została zmieszana, czego nie zrobiono by z martini, a cały plan praktycznie wykonany. Brakowało tylko jednej rzeczy, by ten wieczór był inny, niż się na to zapowiadało.
– Mamy jeszcze nachosy?
I to własnej roboty, bo czasami panna Park decydowała się na gotowanie, smażenie i pieczenie zamiast na o wiele prostsze zakupy. Trzeba było jednak oddać jej, że nachosy zrobiła cudne. To będzie miła niespodzianka, jeśli jakieś się jeszcze ostały.
– Powinny być na górze w półce.
I były. Tylko kobiecie zabrakło centymetrów, by się do nich dostać.
Profesor przyszedł jej więc z pomocą. Stanął za nią i ponad głową sięgnął po puszkę wypełnioną kukurydzianymi chipsami.
Deiji obróciła się ku niemu i spojrzała na niego. Była tak blisko. Nie mógł się powstrzymać. Nim zdał sobie z tego sprawę, pochylił głowę i zbliżył twarz do jej twarzy, swoje wargi do jej ust.
Jeśli miał coś mieć z tego wieczoru, to mógł to być ten jeden piękny błąd.
WE'LL HAVE ONE BEAUTIFUL
MISTAKE
...
Wziął więc, mimo bólu, głęboki oddech i wychrypiał jedno słowo.
– Deiji.
__________________________
Oni mają guacamole, ja miałam chipsy z batatów. Yummy!
Ach, ty to zawsze piszesz takie przyjemne romanso-obyczajówki, a trzeba pamiętać, że ja ich na ogół nie lubię, więc to wielki plus.
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że tekst o Deiji i Profesorze czytałam po raz pierwszy. Jakoś ich nie zanotowałam wcześniej, chociaż... kto wie? Bynajmniej ich wspólne robienie guacamole było genialne. Zresztą wiedziałam, że będzie genialne już w momencie, kiedy mi napisałaś o tym pomyśle XD. Takie wspólne picie tej dwójki i potem pocałunek... Awwww, rozpływam się. Tak paczam na serie na WAR i sobie myślę, że kiedyś będzie musiała przejechać BF (ja taka leniwa, więc skrótami jadę XD huehue).
Dzięki za ten miły dla oczu tekst, umiliłaś mi dzisiejszą pracę!