Ogłoszenia

Tydzień 5: 11-17.03

Temat 1:

- Tylko my jesteśmy teraz w biurze?

- Ty, ja i to zbyt dojrzałe awokado.

Temat 2: koalicja, spirytus, kartka, drzewo, rzeka (do wyboru min. 3)

niedziela, 3 marca 2019

[3] Paranoidalna: Naczelny pocieszyciel ~SadisticWriter

Jakoś tak ostatnio mam, że skaczę pomiędzy uniwersami, żeby przy jednym zatrzymać się na dłuższą chwilę. Teraz mam fazę na Paranoidalną, ale coś czuję, że niedługo będę musiała sobie zrobić przerwę od tego ryjącego mózg zespołu, bo co za dużo, to niezdrowo. Wyjątkowo użyłam w tekście słowa klucze.
***
Każda grupa potrzebowała naczelnego pocieszyciela. Z reguły była to osoba o twardym charakterze, która nie przejmowała się żadnymi drobnostkami i miała cały świat głęboko w dupie. Dodatkową mile widzianą cechą była kreatywność, która objawiała się wymyślnymi sposobami na poprawienie nastroju poszkodowanym przez los ludziom. Dziwnym trafem posiadałem wszystkie te zalety (choć nie każdy pocieszyciel był równie przystojny i zabawny jak ja). Kiedy wyczuwałem w powietrzu negatywne emocje, zaraz zjawiałem się w miejscu nadchodzącej katastrofy, wcielając się w najlepszego psychologa, którego charakteryzowały unikalne sposoby podwyższania nastroju (nie wyłączając z tego alkoholu).  
Byłem pierwszą osobą, która trafiła do Amerykańskiego Stowarzyszenia Niezidentyfikowanych. Jakimś cudem udało mi się uniknąć pobytu w Instytucie Badawczym Parapsychologicznych Przypadków, gdzie traktowali wszystkich podejrzanych o nieokreślone choroby psychiczne jak pluszaki, na których eksperymentowały dzieci. To dlatego trafiłem tutaj, będąc jeszcze o całkiem zdrowych zmysłach.   
Lubiłem brak kontroli i wolność, którą zapewniało mi stowarzyszenie, jednak ucieszyłem się, kiedy dołączył do mnie Wyobrażalny. Początkowo ciężko było mi się z nim dogadać. Raczej zamykał się w swoim pokoju i zakopywał pod kołdrą. Nie reagował na moje usilne próby podjęcia rozmowy. Odpowiadał tylko wtedy, kiedy go do tego zmuszałem, a i tak nie były to kwieciste zdania. Do serca Wyobrażalnego dotarłem podczas jednej z jego nocnych, lunatycznych eskapad, podczas których gubił ciuchy. Pan blade poślady budził się dopiero wtedy, kiedy zabił losowo wybraną przez swój umysł osobę. Często byli to zwyczajni ludzie, ale czasem zdarzało mu się włamać do jakiegoś laboratorium czy parlamentu, żeby zatłuc jakąś ważną szychę.
Za każdym razem, kiedy Wyobrażalny się przebudzał, krył twarz w zakrwawionych dłoniach, wewnętrznie przeżywając kolejną przegraną w walce ze swoją niezidentyfikowaną chorobą. Wtedy do akcji wkraczałem ja.
– Stary, to nie twoja wina, że jesteś pierdolnięty – powiedziałem pewnego dnia, poklepując nowego przyjaciela po plecach. – Ja i tak cię kocham, wiesz? – spytałem radośnie, szczerząc do niego zęby.
Białowłosy chłopak spojrzał na mnie z obrzydzeniem, niczego nie mówiąc. To i tak był cud, że wykazał się jakimikolwiek emocjami. Czasami myślałem, że ktoś je z niego wyssał jakimś magicznym odkurzaczem, który przy okazji pozbawił go pigmentu we włosach, skórze i oczach. Słowo daję, Wyobrażalnego spokojnie można było nazywać zjawą.  
– Przyniosłem ci spodnie od piżamy – kontynuowałem, wyjmując z plecaka dziewczęce granatowe spodenki zdobione maleńkimi gwiazdkami. Prawda była taka, że nie mogłem znaleźć innych, dlatego podpierniczyłem je jednej z pracownic stowarzyszenia, której zdarzało się sypiać w naszej siedzibie. – No i różowy szlafrok!
Zamaszystym ruchem wyrzuciłem w górę puchaty materiał, na którego widok Wyobrażalny uniósł brew. To dziwne, ale zamiast protestować, wciągnął na swoje pośladki spodnie, a potem założył na siebie kobiecy płaszcz. Wyglądał w nich jak niewinna dziewczynka, która wybrała się na nocny spacer do lasu.  
– Teraz powinieneś mi podziękować, W. – Założyłem ręce na biodra i uśmiechnąłem się szeroko do mojego kumpla.
– Nie – odpowiedział krótko, patrząc na mnie spode łba.
– Podziękuj. Już. – Zmrużyłem groźnie oczy, wyjmując z kieszeni pistolet, którym wesoło w niego wycelowałem.
Wyobrażalny spojrzał beznamiętnie na błyszczącą, idealnie wypolerowaną w świetle księżyca broń, po czym cicho westchnął i rzucił na wiatr krótkie:
– Dziękuję.
Schowałem glocka do kieszeni, a potem klepnąłem mocarnie ukochanego przyjaciela w plecy. Ten kaszlnął donośnie, jakby właśnie miał zamiar wypluć płuca. Posłał mi pełne wyrzutu spojrzenie.
– Widzisz? Teraz jesteśmy już przyjaciółmi! – Wyszczerzyłem się.
Od tamtego pamiętnego dnia chodziłem za nim krok w krok, towarzysząc mu w najgorszym momencie jego życia. Choć tego nie doceniał, zawsze wybierałem mu nowy zestaw ciuchów, który mógł na siebie założyć zaraz po krwawej eskapadzie. Dwa dni temu był to na przykład strój klauna. Co było w tym najzabawniejsze? Że czego bym nie przygotował, Wyobrażalny nie protestował, jedynie patrzył na mnie jak na idiotę, którego z chęcią by zabił przy najbliższej krwawej nocce.
Drugą osobą, która zawitała do naszego stowarzyszenia była Bezładna. Od razu załapałem z nią kontakt, choć w pewnym momencie zrozumiałem, że nie powinienem jej do końca ufać – miała za długi jęzor.
Bezładna zakochała się w jednym z chłodnych pracowników tej placówki, który był psychiatrą (a przy okazji pozbawionym uczuć psychopatą). Zdawało mi się, że nią manipulował, to dlatego była skłonna uczynić dla niego wszystko to, czego od niej wymagał, łącznie z uważnym obserwowaniem moich poczynań. Nie miałem jej tego za złe. W jednym nastoletnim magazynie pisali, że młode, zakochane dziewczyny całkowicie głupiały na punkcie swojej pierwszej miłości, to dlatego byłem jej to w stanie wybaczyć.  
Kiedy na korytarzu rozlegał się donośny płacz, który szybko cichnął w damskiej łazience, wiedziałem już, że czas wkroczyć do akcji. To dlatego zabrałem ze swojego pokoju kupione na pchlim targu ukulele, ubrałem ciemne okulary przeciwsłoneczne i ruszyłem w miejsce, gdzie zawodziła moja przyjaciółka. Drzwi kopnąłem różowym klapkiem, przerywając tym samym głośny płacz zaskoczonej dziewczyny. Przez chwilę patrzyłem na nią z miną bez wyrazu, po czym podszedłem do niej, zsunąłem się po drzwiach kabiny i klapnąłem na kafelki. Nie minęła nawet sekunda, a zacząłem fałszywie pobrzękiwać, udając, że już trzymałem w rękach ten mały instrument.
– Nie płacz moja mała, a gdy się będziesz bała, ja tutaj będę i zabiję tę mendę – śpiewałem głośno. – Podnieś swoje oczy, już nikt cię nie zaskoczy, a tej świni w walce, powyrywam palce!  
Bezładna spojrzała na mnie z nikłym uśmiechem, ocierając z policzków łzy.
– On ma żonę, wiesz? – spytała cichutkim głosem małej Azjatki, która podkładała głos do jakiejś uroczej japońskiej bajki.  
Opuściłem w dół ukulele i ściągnąłem okulary.
– Jeżeli chcesz, to mogę ją zabić. – Wzruszyłem obojętnie ramionami. – Poza tym to na pewno jakaś głupia lafirynda. Ty jesteś fajna, a ona nie, pamiętaj. – Wyszczerzyłem się i szturchnąłem ją w ramię zwiniętą pięścią. Moja przyjaciółka zaśmiała się cicho, choć niemrawo, a potem położyła głowę usianą kruczymi włosami na moim ramieniu.
– Jesteś najlepszy, R.
– Wiem.
Niedługo po Bezładnej w naszym stowarzyszeniu pojawiła się Nieobliczalna. Była najmłodsza z nas wszystkich, a w rzeczywistości wyglądała jeszcze młodziej. To dlatego, gdy na nią patrzyłem, czułem się jak rasowy pedofil. Nasze pierwsze romantyczne spotkanie odbyło się w supermarkecie. Dostałem od szefa ASN rozkaz, że mam ją obserwować. Cieszyła mnie ta misja, w końcu nigdy nikt nie zaufał mi na tyle, abym wypełnił jakieś ważne zadanie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że było to celowe zagranie. Dlaczego? Bo Nieobliczalna była prawie taka sama jak ja. Z tą maleńką różnicą, że ją przepełniał chłód, a mnie ogień.  
Po naszej pierwszej przyjacielskiej strzelaninie nastąpiło tysiąc innych, co zdecydowanie umiliło mi czas w nudnej siedzibie ASN. Poza tym od tej pory chodziliśmy razem do marketu na zakupy, co było ustalone odgórnie przez stowarzyszenie (ryzykowne, zważając na to, ile zabiliśmy ludzi przy pierwszym spotkaniu).
Uwielbiałem Nieobliczalną na tyle, że specjalnie dla niej wkradłem się do archiwum i zapoznałem dokładnie z jej historią. To jednak opowieść na dłuższe posiedzenie, dlatego pozwolę sobie w tym miejscu zastosować autoreklamę swojej cudownej twórczości (tak, zamierzam wydać kiedyś książkę, bo fajny ze mnie pisarz): *KLIKAJ, JEŚLI MASZ ODWAGĘ*. 
Nieobliczalną trudno było pocieszyć. To tak, jakby ktoś chciał sprawić, aby z pomocą słodkich słów kamień leżący na uboczu nagle zmiękł. Jednak moja mała urocza Cana potrafiła okazywać uczucia na swój własny specyficzny sposób. Na przykład wtedy, kiedy byliśmy w sklepie i brakowało jej ulubionych chrupek. Do akcji wchodził wtedy największy pocieszyciel wszech czasów (serio, Marvel powinien mnie wziąć pod wzgląd jako superbohatera. Już wyobrażałem sobie te ogromne plakaty na wieżowcach!).
– Co jest, mała? – spytałem, przyglądając się z uwagą zmarszczonemu czołu szesnastolatki. Oczywiście nie odpowiedziała na pytanie, dlatego sam musiałem wydedukować, o co jej chodziło. Zdradziło ją uparte wgapianie się w regał. Wyglądała jakby liczyła na to, że wyczaruje upragnioną rzecz. – Aaaaaa, płatki w kształcie delfinów. No, tak. Chyba wszystkie zdesperowane matki je wykupiły. Ale wiesz, co? – Podszedłem do mojej ukochanej, objąłem ją od tyłu ramionami i szepnąłem do ucha: – Mam je u siebie w pokoju, bo kupiłem dla ciebie cały ich zapas. Jak do mnie wpadniesz wieczorem na małe co nieco, to ci je podaruję.
Uśmiechnąłem się pod nosem jak wcielony diabeł, który zamierzał połknąć w całości swoją ofiarę. Zirytowana Nieobliczalna zamachnęła się łokciem, trafiając mnie nim prosto w brzuch, a potem poprawiła jeszcze kolanem, które niechybnie posłało mnie w mało męski sposób na marketowe kafelki, gdzie skuliłem się z bólu.
– Ale chodziło mi przecież o zjedzenie płatków w moim pokoju! – wykrzyknąłem za nią. Kiedy moja ukochana wystawiła mi w tył środkowy palec, ja tylko zachichotałem. – I tak cię kocham!
Paranoidalna była ostatnią osobą, która trafiła do naszego grona. Od razu załapałem z nią kontakt, a to dlatego, że byliśmy w tej smętnej grupie jedynymi ekstrawertykami, potrafiącymi ze sobą normalnie rozmawiać. Z Wyobrażalnym konwersacje nie były zawiłe i długie, ponieważ odpowiadał z reguły jednym słowem, nawet nie wykazując zainteresowania tematem. Bezładna potrafiła odpowiadać na pytania, ale była bardziej zapatrzona w swój dojmujący smutek, niż w rozmówcę. Nieobliczalna wolała milczenie okraszone ciosami zadawanymi poniżej pasa lub dzienną dawkę strzelania. Paranoidalna była prawie taka jak ja, z tą jedyną różnicą, że z nas wszystkich, ona wydawała się być… normalna. I to był właśnie jej problem – nie pasowała do ASN. Na dodatek przeprowadziła w naszym stowarzyszeniu prawdziwą rewolucję. No i chyba zapałała jakimś głębszym uczuciem do Wyobrażalnego.
Jej problem w postrzeganiu ludzi polegał na tym, że nawet krwiożerczą bestię (taką jak mój przyjaciel) potrafiła uznać za milutką i uroczą maskotkę, która została kiedyś porzucona przez jakieś dziecko na ulicy. Można powiedzieć, że Paranoidalna była orędowniczką pozostawionych sobie maskotek. Może to dlatego Wyobrażalny od niej uciekał.
Moja przyjaciółka, Charmaine – bo tak kazała do siebie mówić (to była pierwsza część jej rewolucji, która polegała na odkryciu tożsamości wszystkich członków stowarzyszenia. Muszę przyznać, że szybko jej to poszło) – upierała się, że nie potrzebuje pocieszenia, ponieważ sama sobie ze wszystkim świetnie daje radę, to jednak była tylko wyłącznie maska, jaką na siebie zakładała, aby nikt nie zwracał uwagi na to, że coś ją bolało. Charmaine była empatyczna dla wszystkich wkoło, tylko nie dla siebie samej.
Pewnego wieczoru dojrzałem ją siedzącą na murze. Padało na nią tylko blade światło lampy. Opierała się dłońmi o chłodny marmur i spoglądała w górę. Machała nogami, co miało prawdopodobnie udawać wesołość, ale kiedy zjawiłem się niespodziewanie obok niej, widziałem, jak ukradkowo ociera samotne łzy toczące się po policzkach. Najwyraźniej nie spodziewała się tu nikogo ujrzeć o trzeciej w nocy. Chyba zapominała, że praktycznie nie potrzebowałem snu.
Wdrapałem się na mur i ułożyłem w tej samej pozycji, co ona.
– Co słychać w krainie słodkich jednorożców, które nigdy nie mają złego humoru? – spytałem, spoglądając na nią ze znaczącym uśmieszkiem.
– To nie tak, że mam zły humor, R. Po prostu… – Wzięła głęboki wdech, jakby miała mi właśnie oznajmić, że zaszła w ciążę z przypadkowym człowiekiem na ulicy. – Tęsknię za domem. Wiem, to głupie. I trochę egoistyczne, bo w końcu wy…
– Nie mamy już kogoś, za kim moglibyśmy tęsknić?
Zaśmiałem się cicho.
– N-nie, nie to miałam na myśli.
– Hej, Charm, ale to prawda. Nie mamy za kim tęsknić. Poza tym większość naszych wspomnień jest przedawniona i mało pozytywna. Widzisz, gdybym miał wybrać, czy chcę jeszcze raz przeżyć dzień w moim starym domu, wolałbym dostać amnezji i pamiętać tylko to, co przeżywam teraz. – Wzruszyłem obojętnie ramionami. – Tobie jest trudniej, bo masz za czym tęsknić.
– Przeżyliście zdecydowanie więcej niż ja, dlatego nie powinnam…
Zrzuciłem Charmaine z muru, prosto w kłujące krzaki, nim dokończyła zdanie. Nie minęła nawet sekunda, a ja wylądowałem obok niej. Pomimo kolców, które naznaczyły mój tyłek, chichotałem się razem z przyjaciółką, która próbowała zrobić mi krzywdę swoimi drobnymi piąstkami. Oboje byliśmy poranieni, a jednak w żaden sposób nam to nie przeszkadzało.
– Widzisz, Charm? Życie takie jest. Nawet jak ci pokłuje tyłek, to i tak będziesz się potrafiła śmiać! – wykrzyknąłem, stosując najgorszy z możliwych chwytów, który polegał na załaskotaniu swojej ofiary na śmierć.
– Ty niepohamowany durniu! – piszczała Paranoidalna, zanosząc się ultradźwiękowym śmiechem, który przywodził mi na myśl rozochoconego głaskaniem kota.  
– To jeszcze nie koniec moich tortur! – Jedną ręką wciąż poddawałem ją łaskotliwej zbrodni, a drugą wyjąłem z kieszeni telefon i kliknąłem ikonkę z białą owieczką, pod którą pisało: „Wyobrażalna owieczka”.  
– D-do kogo dzwonisz? – spytała przez śmiech i łzy Charmaine.
– Zamawiam ci Wyobrażalnego na wynos!  
Paranoidalna wybałuszyła oczy, a potem rzuciła się na mnie, próbując wyrwać mi telefon. Najwyraźniej nie chciała, żebym powiedział naszemu Blave’owi coś, co by się jej mogło nie spodobać. Ach, ta miłość! Była jak landrynki posklejane ze sobą w torebce!
– Halo, W? Wbijaj na obronne mury! Jest tu ktoś, kto ciebie potrzebuje!
I choć widziałem w oczach Charmaine panikę, doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że i jedno, i drugie ucieszy się ze swojej nocnej obecności, a wtedy ja będę mógł umknąć do swojego pokoju i popatrzeć na tę landrynkową scenę z okna, zapisując na swojej pocieszycielskiej liście kolejny chwalebny punkt.  
Tak jak wspominałem na początku, byłem niezwykłym pocieszycielem. Wszyscy w stowarzyszeniu mnie za to kochali. Wobec tego, czy domyślacie się już, kto był moim orędownikiem? Oprócz mnie były to oczywiście trupy.
Schowałem pod poduszkę zeszyt dobrych uczynków, wpakowałem do kieszeni dwa pistolety i jeden granat, a potem wyskoczyłem przez okno i ruszyłem w kierunku miasta. Szeroki uśmiech zdobił moją twarz, przypominając mi o tym, że nie było rzeczy, która zachwiałaby mój dobry nastrój. W końcu byłem samowystarczalny.

1 komentarz:

  1. Hej :)
    Akurat Niepohamowany jest tą postacią z serii, którą lubię najbardziej, więc z przyjemnością zagłębiłam się w tekst. To było pouczające tak spojrzeć na innych bohaterów oczami R., który w swój sposób ich przedstawił. Wiem teraz o każdym z nich więcej i widzę, jak tematycznie ciężką serię stworzyłaś, a tak dobrze się w niej odnajdujesz!
    Taki naczelny pocieszyciel chyba przydałby się i mnie. Skoro można wziąć Wyobrażalnego na wynos, to czy z R. jest to również możliwe? Bo bym poprosiła!
    Dziękuję za ten tekst.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń