- Mhm – mruknęło cicho dziecko. Ciężko było stwierdzić czy to chłopiec czy dziewczynka. Posklejane włosy opadały na wyblakłe oczy. Wiedźma ukucnęła przy siedzącym pod ścianą maluchu.
- Jak masz na imię, kotku?
- Bąbel. Jestem Bąbel.
- A ile masz lat, Bąblu?
- Cztery i pół.
Wiedźma zdjęła z ramion chustę i okryła nią dziecko. Płonący w kominku ogień i delikatny półmrok panujący w pomieszczeniu ukołysały dziecko do snu. Kobieta podniosła się i otarła łzę. Siadła przy chropowatym stole i ukryła twarz w dłoniach. Dziecko spało na podłodze z lekko otwartą buzią. Wiedźma podniosła się z ciężkim westchnięciem. Niestety drugie z dzieci leżało przy drzwiach zawinięte w koc. Na materiale kwitła czerwona plama.
Kobieta oparła łopatę o płot i otarła czoło z potu. Zazwyczaj zgarbiona, teraz wyprostowała się i uniosła dłonie nad głowę. Przymknęła oczy i wyszeptała zaklęcie. Kopczyk świeżo poruszonej ziemi zadrgał. Z jego wnętrza wychyliła się zielona łodyga. Szept przeszedł w śpiewokrzyk. Łodyga rozwinęła się, a na jej końcu pojawił się pączek. Wilgotny pąk zalśnił w świetle księżyca. Dało się słyszeć delikatne dzwonienie. Kobieta opuściła dłonie. Westchnęła. Na jej westchnięcie odpowiedziało podwórko, upstrzone kopczykami na których lśniły różnokolorowe kwiaty. Dzwonienie odprowadziło wiedźmę do drzwi chatki.
- Rantusiu, a co to jest? - pytanie wypłynęło z malinowych usteczek. Kobieta przewróciła oczami.
- Mówiłam, do cholery, jestem Straszna Rantonina! Czy ty się nigdy nie nauczysz, paskudo?
- Dobrze, Strasznusiu! Bardzo cię kocham! - dziewczynka przytuliła się do fartucha kobiety, beknęła, zaśmiała się i zwiała głośno tupiąc.
- Za stara na to jestem, za stara... - biadoliła wiedźma mieszając drewnianą łyżką w kotle zawieszonym nad paleniskiem. - Ale kto, jak nie ja? Szkoda, że nie jestem człowiekiem, miałabym wolną wolę...
Wiedźma wyciągnęła z szafki butelkę sherry. Napełniła kryształowy kieliszek.
- Twoje zdrowie, rozumiem cię! - powiedziała do wiszącego na ścianie wizerunku Pinokia, po czym wychyliła kieliszek z wyraźną wprawą.
- Kurwa, kipi mi breja! - wykrzyknęła i rzuciła się do paleniska. Gestem rąk zmniejszyła płomień.
- Bąbluuuu! Żarcie!
Krótko po tym okrzyku dało się słyszeć głośne tupanie. Wraz z wiosennym powietrzem do chatki wbiegło rozczochrane dziecko.
- Jeść, jeść, jeść! - krzyczała Bąbel uderzając dłonią o blat.
Wiedźma napełniła dwie miski szarym, gęstym płynem. Dziecko z figlarnym uśmiechem wyciągnęło z kieszeni coś zielonego i wsypało do obu misek.
- Pietruszka, dla zdrowotności!
- Wiesz, że jesteś najgorszym dzieciakiem, jaki mi się trafił od stu lat? - powiedziała wiedźma łowiąc zielone strzępki z brei.
- A co to było za dziecko sto lat temu?
- To była Justyna. Okropny bachor! Wtedy jeszcze mieszkałam w wiosce. Niestety Justyna była taka miła i słodka, że musiałyśmy się wyprowadzić. Rozdała mój serwis w różyczki biednym. Zamiast zjeść obiad, dawała go bezdomnym psom. Wieczorami strugała zabawki dla dzieci. Do teraz chce mi się rzygać na samą myśl... Próbowałam ją nauczyć życia. Nawet... Hihihih... - zaśmiała się wiedźma. - Nawet... Ohohohoho... Nie mogę...
- Mów Rantusiu, mów – poprosiło dziecko z wypiekami na twarzy. Stara kobieta rzadko się śmiała.
- Nawet uciełam jej kciuka, żeby nie mogła rzeźbić. Ale to był ubaw! Krew się lała o tak! Siuuu!
Bąbel zamrugała oczami. Była tu już dwa lata. Dwa lata życia bez strachu, z pełnym brzuchem. Bez robienia w polu, bez znoszenia bicia do nieprzytomności. Tutaj musiała znosić tylko specyficzne poczucie humoru swojej opiekunki. Tamto życie było odległym wspomnieniem utkanym z pajęczyny i łez.
Bąbel wzięła do ręki nóż.
- Tak to zrobiłaś, Rantusiu? - Bąbel uniosła nóż nad głowę, położyła palec na stół. Błyskawicznym ruchem opuściła ostrze w stronę dłoni. Oczy miała wlepione w kobietę.
Oczy wiedźmy zbystrzały. Gardło ścisnął skurcz strachu. Szybki gest wytrącił nóż z ręki dziecka. Ostrze spadło na drewnianą podłogę.
- Ogłupiałaś? Stół mi upierdolisz! Wiesz jak krew ciężko schodzi! - wykrzyknęła wiedźma gwałtownie wstając. - Jeżeli już zjadłaś to poszła, lataj gdzie chcesz, może wpadniesz w jakieś bagno. Masz tu pomidora na drogę.
Wiedźma rzuciła pomidorem w dziecko. Bąbel szybko obróciła się i złapała owoc w dłoń. Miało się wrażenie, że ten tuż przed jej dłonią zwolnił i dzięki temu się nie rozwalił.
Wiedźma zastygła zdziwiona. Dało się słyszeć cichnące tupanie.
Była noc, a Rantonia włóczyła się wśród kwiatów na podwórku. Nuciła pod nosem, a rośliny odpowiadały jej dzwonieniem.
- Niedługo dojrzejesz – mówiła zatrzymując się przy najwyższej sadzonce. Pamiętam, gdy cię zakopywałam. Padał deszcz. Mogłabym wykopać dół gestem dłoni, ale niektóre z was zasługują na to, żeby im wykopać grób własnoręcznie...
Monolog przerwało głośne dzwonienie.
- A niektóre nie zasługują – powiedziała wiedźma odwracając się w tamtą stronę. - Morda, bo cię poleję randapem!
Niestety groźba nie przyniosła rezultatu. Chwilę później do chóru dołączyła kolejna roślina, i jeszcze kolejna. Wiedźma spojrzała w niebo. Księżyc zmienił barwę na czerwoną. Kwiaty ostrzegały ją przed czymś.
- Dziękuję, maleństwa... - wyszeptała wiedźma, po czym pobiegła w stronę chatki.
- On nadchodzi, nadchodzi... - mówiła głośno kobieta chodząc po kuchni. - Tym razem się mu nie wywinę. Pinokio, patronie mój, pomóż!
Wiedźma miała wrażenie, że obraz mrugnął do niej porozumiewawczo.
Za oknami dało się słyszeć nadchodzący deszcz. Wiatr wyginał drzewa, które pukały w ścianę chatki. Wiedźma zwinęła się na fotelu. Poczuła jego obecność. Zbliżał się. Widziała go przez drewnianą ścianę. Zatrzymał się metr od drzwi.
- Jestem zwycięzcą! Jestem zwycięzcą! - powiedział do siebie.
Kobieta zadrżała. Przyszykowała zaklęcie ochronne. Wiedziała jednak, że na te potwory nie działa nic. Była zgubiona. Mężczyzna zapukał. Pieczęć ochronna na drewnie nawet nie drgnęła. Była za słaba...
W tym właśnie momencie do pokoju wbiegła Bąbel.
- Rantusiu, co się dzieje?
- Zmykaj do pokoju, dziecko. On nie przyszedł po ciebie.
Klamka poruszyła się. Wiedźma wiedziała, że ma jakieś półtorej minuty, do czasu gdy mężczyzna skończy wypowiadać Mordercze Zaklęcie. Kątem oka zobaczyła jak Bąbel wyrywa sobie włos z głowy. Dziewczynka podbiegła do niej i złapała ją za rękę.
Mężczyzna przekroczył próg.
- Dzień dobry... - zaczął. Wiedźma próbowała wyrwać dłoń z uścisku. Dziewczynka pośliniła włos.
- Czy chce pani... - kontynuował. Wiedźma wciąż się szarpała. Dziecko próbowało związać włos na nadgarstku kobiety.
- ...kupić kablówkę w NC+?
Tych słów Wiedźma już nie usłyszała. Potężne zaklęcie ochronne zamknęło ją w bańce. Powietrze poza nią zalśniło. Mężczyzna zniknął. Została po nim kupka prochu. Pogoda uspokoiła się.
Bąbel otrzepała niewidzialny kurz z ramienia.
- To ja idę spać, kochana Rantusiu. Dzięki za miłą rozrywkę!
Wiedźma stała osłupiała. I stała by tak po dziś dzień, gdyby nie to, że zgodnie z prawami natury, wszystko co stoi, musi kiedyś opaść. Tak jak kwitnący pączek na podwórku wiedźmy... A wy o czym pomyśleliście?
A teraz do wyra i spać! O pączku, cholerne bachory, opowiem Wam innym razem...
Hej :)
OdpowiedzUsuńCo tu się zadziało, to istna bajka z elementami grozy, którą ja całkowicie i w ciemno biorę i proszę o więcej!
Rany, brakowało mi ostatnio tekstów, przy których bym się tak uśmiechała, jak przy tym. Ciekawe spojrzenie na temat, do tego ta doza komizmu, który występuje tylko u Ciebie i właśnie zrobiłaś mi wieczór. Dziękuję za tę lekturę, choć jako fundraiser zaczynam się bać, że i mnie może spotkać taki los jak przedstawiciela NC+. Gracias!
Pozdrawiam.
O. Oooo! Nice! To było naprawdę fajne (tak, bardzo elokwentnie z mojej strony). Bardzo, bardzo fajnie wykorzystany temat. A to dziecko było takie huh... trochę creepy. Ale czy było zwykłym dzieckiem? ;)
OdpowiedzUsuńI oczywiście ten charakterystyczny humor xd
Naprawdę podobał mi się ten baśnio-tekst. I to NC+! Padłam!
Tekst pochłonęłam w try-miga! I to napięcie na końcu a potem... razem z nc+... a potem puff...
Pozdrawiam~