Nie
lubię tego tekstu. To dla mnie trochę takie pierniczenie o dupie Maryny. Na
dodatek mój plan nie poszedł tak, jak to sobie wyobrażałam, w efekcie czego
uzyskałam zaledwie połowę tego, co zamierzałam napisać. W dodatku nawet nie miałam już ochoty tego poprawiać. No, ale trudno. Tekst
jest? Jest. Jak go ktoś przeczyta, to będzie moim mistrzem, serio. Ale nie polecam.
***
Zioła zbierałam zawsze o poranku. Okryte
rosą rośliny zmrożone przez zimne wieczory były świeższe i zdrowsze niż te
spalające się w słońcu w godzinach południowych. Maści, które z nich sporządzałam,
były dzięki temu skuteczniejsze. Nauczył mnie tego ktoś, o kim już dawno nie
pamiętałam.
Miejscowy uzdrowiciel
twierdził, że musiałam kiedyś mocno uderzyć się w głowę, przez co wspomnienia
ulotniły się z niej jak poranna mgła, którą przykryły ciepłe promienie słońca.
Istniała też możliwość, że ktoś taki w ogóle nie istniał, a wiedzę nabyłam z
biegiem lat, ucząc się na własnych błędach. Ja byłam jednak pewna, że ktoś
zadbał o to, abym niczego nie pamiętała.
Wszystkie wspomnienia
były mgliste. To, co wiedziałam, zawierało się w moich snach. Uzdrowiciel
twierdził, że to niedorzeczne ufać własnym urojeniom na jawie, ale ja wierzyłam
nocnym wizjom. One zawsze pokazywały mi prawdę. Były dowodem na to, że nie
wzięłam się znikąd. Dowodem, że byłam człowiekiem. Ktoś przecież musiał mnie
wychować. Bez tego nie wiedziałabym, że potrafię pomagać ludziom.
Byłam skromną zielarką.
Potrafiłam rozpoznać człowiecze dolegliwości i dobrać odpowiednie zioła, z
którym sporządzałam potem właściwy lek. Swoją tajemniczą wiedzą wychodziłam
poza umiejętności miejscowych medyków. Do mojej małej chatki przychodzili nie
tylko prości ludzie z wioski. Zdarzało się, że odwiedzali mnie również
wielmożni panowie i wysoko urodzone damy. Nie narzekałam na biedę, ale nie
żyłam też ponad stan. Ciężko zarobione pieniądze chowałam pod skrzypiącą deską
znajdującą się trzy kroki od południowej ściany. Kiedy mogłam, wspierałam
biednych jak niewidzialny, dobry duch, o którym istnieniu nikt nie wiedział. Co
najważniejsze – nie robiłam tego dla siebie. Robiłam to dlatego, bo zostałam
nauczona, że zawsze znajdzie się ktoś, komu gorzej się powodzi, a takim osobom
trzeba pomagać. Każdy ma bowiem prawo godnie żyć.
Do wiklinowego
koszyczka włożyłam ostatnią garść brunatnego ostojnika pomagającego przy uporczywych
bólach żołądka. Ostatnio przychodziło do mnie wiele osób z dolegliwościami trawiennymi,
dlatego tworzyłam zapasy. To jednak nie zawsze wystarczało. Myślałam, aby w
najbliższym czasie wynająć zaufanego pomocnika, ponieważ czułam już zmęczenie.
Ludzie potrafili budzić mnie o każdej porze dnia czy nocy, przez co nie
dosypiałam. Często nie miałam
nawet czasu na zwykły posiłek. Cieszyłam się, że sąsiadowałam z Gretą, która
dbała o mnie jak o własne dziecko, podrzucając mi raz na jakiś czas bochenek chleba
czy suszone mięso. Była prawie jak moja matka.
Poprawiłam słomiany
kapelusz, przetarłam wierzchem dłoni czoło i ciężko westchnęłam. Słowo „matka”
zawsze wywoływało myśli, które dotyczyły przeszłości. W końcu musiałam być
czyjąś córką. Szkoda tylko, że nie pamiętałam, kto mnie urodził.
– Och – usłyszałam za
swoimi plecami. Znana ze swojej czujności, prawie natychmiastowo obróciłam się
w tył. To nie był jednak nikt groźny. – Dzień dobry.
– Dzień dobry –
przywitałam się grzecznie, posyłając młodemu mężczyźnie przyjemny uśmiech. Widziałam
jak nerwowo przesuwa swoją czapkę po burzy rozwichrzonych czekoladowych włosów,
a jego oczy wędrują z jednego drzewa do drugiego, aby tylko nie spojrzeć w moją
twarz. Zaróżowione policzki świadczyły o nieśmiałości, ale to nie było nic
nowego, jeżeli chodziło o syna państwa Bisset, Doriana.
– Zawsze widuję cię
pani na tych polanach o tej samej porze – przyuważył bez zająknięcia. Tym
bardziej zdziwiły mnie wielkie brązowe jak kora drzewna oczy, które skierowały
się nieśmiało w moją stronę.
Pomimo tego, że Dorian
był moim rówieśnikiem, wyglądał jak chłopak, który ledwo dotknął dorosłości –
niepewny świata, a zarazem ciekawy tego, co go w życiu napotka. Na dodatek miał
piękny, szczery, niemal dziecięcy uśmiech. Panny ustawiały się w kolejce do
ożenku z Dorianem. On jednak odrzucał grzecznie ich zaloty, czekając
marzycielsko na tę właściwą wybrankę. Jego matka twierdziła, że ugania się za
pewną dziewczyną, ale ona na razie zdaje się go nie dostrzegać. To smutne. Był
całkiem miłą i pomocną osobą.
– Proszę nie mówić do
mnie „pani”. Jesteśmy w tym samym wieku, Dorianie, na dodatek nie jestem
niczyją żoną – powiedziałam, śmiejąc się lekko. Uniosłam rogi swojej roboczej
sukni i przeszłam przez gąszcze, ostrożnie stawiając kroki. Kiedy stanęłam
naprzeciw mężczyzny, wstrzymał dech. Widocznie za bardzo się do niego
zbliżyłam. Aby dodatkowo go nie stresować, przeniosłam spojrzenie na
opromienione pola. – Zioła zbierane o poranku są o wiele bardziej wartościowe,
to dlatego zaczynamy pracę równolegle.
– Ma pani… to znaczy…
Calamity – moje imię wypowiedział ostrożnie, jakby bał się, że w najmniej
oczekiwanej chwili zmienię zdanie – tak, to piękne imię, ale… ja nie o tym –
zaśmiał się niemrawo. Gdy na niego spojrzałam, przekręcając głowę w bok, on
podrapał się w tył głowy. Plamy na jego policzkach były coraz wyraźniejsze. –
To znaczy… to wydaje się takie… fascynujące.
– Tak sądzisz? –
spytałam z uśmiechem. – Ludzi z reguły nie interesuje to, jak pracuję.
Interesuje ich tylko efekt końcowy. Ale to miłe, że uważasz moją pracę za
fascynującą.
– To… to nic takiego. –
On również posłał mi swój dziecięcy, nieśmiały uśmiech. – Ach, właśnie. Miałem
przekazać informację tatka. Prosił o tę maść na dolegliwości skórne. Mogę… mogę
po nią dzisiaj przyjść? – Jego brązowe oczy stały się tak wielkie, jakby bał
się odmowy. Przecież nie byłam potworem. Dlaczego tak się mnie bał? Może za
często się uśmiechałam? Albo byłam zbyt miła?
– Oczywiście. Gdybym
wiedziała, że dziś cię tu spotkam, mogłabym ją przynieść ze sobą, ale to nic.
Będzie mi miło, jeżeli mnie odwiedzisz. – Poprawiłam zioła usadowione w koszyku,
a potem otrzepałam sukienkę, starając się nie zwracać uwagi na mojego rozmówcę.
– Naprawdę?! – spytał
zdecydowanie zbyt głośno i gwałtownie, jakby nie dowierzał moim słowom. Spojrzałam
na niego, mrugając szybko oczami. Czasami nie potrafiłam go zrozumieć. – Znaczy
się… Bardzo mnie to… cieszy. I… widzimy się później!
Chłopak był już tak
czerwony, że wyglądał jak dorodny burak, to dlatego w przeciągu kilku sekund umknął
między drzewami. Albo mi się zdawało, albo jęknął cicho z zażenowaniem.
– Do zobaczenia –
rzuciłam w kierunku jego pleców, po czym ruszyłam w stronę swojej chatki.
Dorian był dziwny, ale jako
jeden z niewielu mężczyzn w tej wiosce, nie patrzył na mnie wzrokiem łowcy, pragnącego
upolować zwierzynę, której głowę powiesiłby nad kominkiem w postaci trofeum. Gdyby
nie był nieśmiałym uciekinierem, zapewne moglibyśmy się zaprzyjaźnić. Brakowało
mi kogoś, z kim mogłabym porozmawiać o czymś innym, niż o lekach i chorobach.
Ludzie raczej trzymali się ode mnie z daleka, jeżeli nie potrzebowali akurat
mojej pomocy. A jeżeli byli to mężczyźni, często się zalecali lub z biegu
składali propozycję ożenku.
Jeszcze raz
uśmiechnęłam się w stronę słońca, dziękując mu za dawkę ciepłych promieni, a
potem ruszyłam w stronę chatki. Dzisiaj czekało mnie bowiem dużo pracy.
***
Tutejsi ludzie
doskonale wiedzieli, że byłam zielarką, jednak nikt z nich nawet się nie
domyślał, co pomagało mi w codziennych trudach, kiedy dostawałam mnóstwo zleceń
naraz. Wszyscy myśleli, że byłam samodzielna, zręczna i pracowita. Nie mylili
się. Jednak gdyby nie moja moc, którą trzymałam w ukryciu, nie byłabym w stanie
sprostać ich oczekiwaniom. To byłaby nadludzka, wymęczająca praca, która do
niczego by nie prowadziła.
Moja tajemnicza
zdolność polegała na uczeniu poszczególnych przedmiotów rutynowej pracy. To
dlatego drewniana łyżka mieszała w kociołku parzone liście mięty w tym samym
odstępie czasu, nóż przesuwał kolejno ostojnik, bagnisty moczyk i irmidę leśną
na deskę, krojąc ją na drobne kawałeczki, a potem przenosząc do miski, drewno
samo dokładało się do paleniska, a słoiczki napełniały gotowymi do użycia
maściami. Dzięki temu mogłam zająć się innymi czynnościami, a także raz na
jakiś czas posprzątać i przyrządzić popołudniową strawę. Trzymanie tego w
sekrecie nie było trudne, ale bardzo męczące. Każdego dnia moje serce kłuł
strach przeradzający się w myśl, że zostanę odkryta, a wtedy posądzą mnie o
bycie wiedźmą, którą zresztą mogłam być – w końcu nie wiedziałam, skąd pochodzę.
Potem te myśli jednak się uspokajały, ponieważ zdawałam sobie sprawę z tego, że
ktokolwiek do mnie przychodził, zawsze pukał do drzwi i czekał, aż mu je
otworzę.
Tym razem było jednak
inaczej.
– Panno Calamity! –
usłyszałam krzyk zdecydowanie zbyt późno. Młodzieniec, który próbował mnie
przed czymś ostrzec, wbiegł do mojego domu zdyszany, a potem dopowiedział: –
Proszę zamknąć okna, bo w wiosce…
Wydawałam z siebie
przerażony okrzyk dziewczyny, która właśnie została nakryta w momencie, w
którym się przebierała. Wszystkie przedmioty, które swobodnie lewitowały, nagle
przerwały swoje rutynowe działania i runęły na podłogę z hukiem, robiąc przy
tym bałagan.
Widząc zszokowaną minę
sąsiada, który stał osłupiały w drzwiach, miałam ochotę uciec. Tylko że nie
wiedziałam, gdzie.
– To… to nie tak, jak
myślisz, Dorianie – powiedziałam drżącym głosem, wystawiając przed siebie
dłonie. Nie spodziewałam się, że ten chłopak w ogóle jest zdolny do takiego
czynu, jak niekulturalne, bezpardonowe przekroczenie progu mojego domu. Nikt
się nigdy na to nie odważył. – Ja… Cóż. Nie jestem zła. A to wszystko… to
wszystko to coś… – jęknęłam, przerywając swój bełkot. – To magia, tak, ale nie
jestem wiedźmą, przysięgam na własne życie!
– Ja… ja naprawdę… –
przerwał, rozglądając się z zakłopotaniem po kuchni – przepraszam. Nie chciałem
tak nagle, ale… z hodowli pana Coutre uciekły ptaki, które narobiły w wiosce
chaosu. One… wlatują do domów i wywracają wszystko, co się znajdzie w zasięgu
ich szponów. A to… to… ja naprawdę nie chciałem. – Dorian postawił dwa kroki w
tył, jakby lada moment miał uciec.
– Nie! – krzyknęłam
gwałtownie z rozpaczą w głosie. – Błagam, nie mów o tym nikomu! Nie chcę
spłonąć na stosie! – Moje oczy wypełniły się łzami. Dotąd nie pokazywałam
nikomu swoich prawdziwych uczuć. Owszem, uśmiechałam się do wszystkich
mieszkańców, witając ich miłymi słowami, ale nikt nigdy nie miał okazji
zobaczyć choćby łzy w kącikach moich oczu. Czułam się tym zażenowana.
– D-dobrze –
odpowiedział niepewnie Dorian. Coś w jego głosie podpowiadało mi, że będzie
miał niecny warunek. – Mam tylko jeden warunek. – Jęknęłam w duchu, modląc się
o to, aby nie poprosił mnie o rękę. – Może to zbyt nachalne i dziwne, ale… –
nie, nie, nie, nie, błagam, tylko nie to – wyjaśnisz mi… to wszystko?
Odetchnęłam z wyraźną ulgą.
Dziękowałam wszystkim siłom niebieskim za to, że chodziło tylko o taką
błahostkę. Zdawało mi się, że mogłam mu zaufać w tej kwestii. Choć nie znałam
go tak dobrze, wiedziałam, że należał do rodziny uczciwych ludzi. Miałam
nadzieję, że mój sekret pozostanie przy nim bezpieczny.
***
Upiłam łyk herbaty,
patrząc spode łba na mojego rozmówcę, który wyjątkowo wydawał się być
uspokojony. Jeszcze tego nie wiedział i prawdopodobnie się nie dowie, ale
sporządziłam dla niego napój, który miał w sobie nutkę melisy i powonnika. Nie chciałam,
żeby w pewnym momencie tak się zażenował, że ucieknie wraz z moją niewyjaśnioną
tajemnicą do domu. Jak się okazało, pozbawiony swojego codziennego
zawstydzenia, był partnerem wprost idealnym do rozmowy.
– A więc nie wiesz,
skąd u ciebie ta moc i nie masz pojęcia, skąd pochodzisz? – spytał, zapatrując
się w sufit.
Kiwnęłam głową.
– Wszystkie moje
wspomnienia z dzieciństwa są mgliste. Wiem tylko tyle, że musiałam wychowywać
się w dużym gronie dzieci w różnym wieku. I że zajmowała się nami kobieta.
Wszyscy mieszkaliśmy w małej chatce, gdzie ledwo się mieściliśmy. Dużo
bawiliśmy się na świeżym powietrzu. Już wtedy zbierałam zioła. – Westchnęłam
ciężko, a potem upiłam łyk swojej herbaty, również w tym samym zestawie
roślinnym, co Dorian. Nikt nie powiedział, że sama nie byłam zestresowana tą
rozmową. – Mam wrażenie, że ta kobieta nie była moją matką. Chyba… chyba pamiętam
osobę, która mnie urodziła, a także ojca. To było zanim trafiłam do nowej
rodziny. Wydaje mi się, że… bardzo mnie nie lubili. – Spojrzałam z zażenowaniem
w bok, nie chcąc wypowiedzieć na głos tego, co miałam na myśli. Do tej pory mój
nadgarstek zdobiła długa blizna będącą pozostałością po jednej z licznych kar
za wymykanie się z domu.
– Przepraszam, że o to
spytam, ale… – Dorian spojrzał na mnie podejrzliwie spode łba – robili ci…
krzywdę? – Spojrzał na moją dłoń, którą szybko ukryłam pod rękawem sukni.
Widocznie za długo wpatrywałam się w bliznę.
Moje policzki lekko się
zaróżowiły.
– Tak, chyba tak –
powiedziałam od niechcenia, spoglądając gdzieś w bok. – Ale to nie ma
najmniejszego znaczenia. Resztę życia spędziłam… dobrze.
Dorian spojrzał na mnie
współczująco.
– Jednak nic z niego
nie pamiętasz.
– Niestety.
– To musi być dla
ciebie ciężkie.
– Szczególnie ciężkie,
gdy ludzie rozmawiają o swoim życiu, a ja jestem uzbrojona wyłącznie w wiedzę
dotyczącą ziół.
– Nie zgadzam się z
tym. – Chłopak zmarszczył czoło. – Rozmowa z tobą jest naprawdę ciekawa.
Rozmawiamy niemal od godziny, a ja jestem szczerze zainteresowany. – Po tych
słowach chrząknął z zawstydzeniem, zerkając gdzieś w bok. – Oczywiście naszą
rozmową.
– Jesteś zabawny,
Dorianie. – Uśmiechnęłam się do niego szczerze, sama się sobie dziwiąc. Z
reguły wszystkie moje miłe gesty były wyuczone i sztuczne. Ten nie był. Może to
dlatego, że w końcu zrzuciłam z siebie ciężar niewiadomej przeszłości. Na
dodatek po raz pierwszy ktoś wyraził chęć szczerej rozmowy ze mną. To naprawdę
miłe uczucie, kiedy jakiś człowiek interesował się tobą bez żadnych korzyści w
tle.
Odnosiłam wrażenie, że chłopak
chciał udzielić mi odpowiedzi, ale nagle jego usta ułożyły się w kształt litery
„o”, a oczy rozszerzyły w zdziwieniu. Wyglądał jakby przypomniał sobie o czymś
naprawdę ważnym.
– Ta historia, o której
mi opowiedziałaś… Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że z czymś mi się
kojarzy. Oczywiście opowiadali mi o tym rodzice, ale może ma to jakiś związek z
twoją przeszłością? – Kiedy on uśmiechnął się z nadzieją, ja zrobiłam zdziwioną
minę. Moje serce mimowolnie szybciej zabiło. – Legenda głosi, że żyła w naszej
wiosce wiedźma, którą posądzono o złe czary. Mieszkańcy chcieli się jej pozbyć,
ale wiedźma uciekła i nigdy więcej się nie wróciła. Po kilku dniach od jej
ucieczki zaczęły znikać dzieci. Wkrótce zauważono, że były to głównie
dziewczynki i chłopcy z rodzin, które się nad nimi znęcały. – Tu spojrzał
niepewnie w moim kierunku, jakby zastanawiał się, czy przypadkiem mnie tym
stwierdzeniem nie uraził. Moja mina pozostała jednak bez zmian. – Ponoć
porywała je wiedźma. Raz widziano przed jej chatką bawiące się wesoło dzieci,
ale gdy następnym razem ludzie z wioski przybyli w to miejsce, chatki już nie
było.
W mojej głowie pojawiło
się niewyraźne wspomnienie. Mglistymi oczami widziałam okwiecone fiołkami
wzgórza, bujne cyprysy i drewniany domek nieopodal błękitnego jeziorka.
Gwałtownie podniosłam
się w górę, spoglądając z niedowierzaniem na mojego rozmówcę. Krzesło, na
którym siedziałam, upadło z trzaskiem na podłogę.
– Pamiętam to miejsce –
powiedziałam podekscytowana. Podeszłam do Doriana i chwyciłam go za dłonie.
Spojrzałam prosto w jego brązowe oczy z nadzieją. – To niedaleko stąd. Byłam
tam ostatnio. Widziałam fiołkowe wzgórza. Zbierałam tam zioła! Już wiem, dlaczego
czułam wtedy radość! O mój Boże, Dorianie, to musi być to miejsce!
Chłopak zamrugał oczami
i wyraźnie się spiął. Spoglądał w moje błękitne oczy z otwartymi ustami, które
pomimo starań nie potrafiły z siebie wyrzucić żadnych słów. Wtedy zrozumiałam,
że szczęście przysłoniło mój rozum. Przekroczyłam cienką linię prywatności,
która pomiędzy nami była. To sprawiło, że puściłam jego dłonie i gwałtownie się
od niego oddaliłam, jakbym się nagle czymś sparzyła.
– Przepraszam, ja po
postu bardzo się ucieszyłam – zaśmiałam się niemrawo, patrząc na niego z góry
jak małe dziecko, które próbuje zataić wszystkie krzywdy uśmiechem.
– Rozumiem to, naprawdę.
– Dorian również niemrawo się zaśmiał, drapiąc się przy okazji w tył głowy, co
było dla niego znamiennym gestem. – Jeżeli chcesz, to… możemy tam pójść. Razem.
– Posłał mi nieśmiały, ale wciąż uroczy uśmiech.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
Moje serce zalała fala
ciepła. Byłam już przyzwyczajona, że wszędzie chodziłam sama. Nie przeszkadzała
mi samotność, ale nie mogłam powiedzieć, że ją lubiłam. Może nie znałam
szczególnie dobrze Doriana, ale roztaczał wokół siebie przedziwną aurę
zaufania. Wierzyłam swoim mocom. To dzięki nim potrafiłam rozróżnić, kto miał
dobre, a kto złe intencje.
– Czy w takim razie
możemy wyruszać tam zaraz? – zapytałam niepewnie, skubiąc róg swojego szarego
fartuszka ubrudzonego ziemistymi plamami.
Zdziwiony Dorian
pokiwał głową.
– Skończyłem na dziś
swoją pracę, więc jeżeli takie jest twoje życzenie…
– Tak! – wykrzyknęłam,
a potem gdy usłyszałam dźwięczny śmiech, spłonęłam rumieńcem. – Przepraszam, po
prostu nie mogę uwierzyć w to, że być może dowiem się czegoś na temat swojej
przeszłości.
– W porządku. Cieszę
się, że w końcu zobaczyłem prawdziwą ciebie.
Miły uśmiech
rozświetlił okrągłą twarz chłopaka.
– Prawdziwą mnie? –
zdziwiłam się.
– Tak. Zawsze jesteś
miła, ale przy okazji bardzo stonowana i ostrożna. Do nikogo zbytnio się nie
zbliżasz i trzymasz się na uboczu. Teraz zobaczyłem w tobie kogoś innego.
Radosną dziewczynę, która nie jest tylko zielarką.
Zaczesałam kosmyk
kasztanowych włosów za ucho, powstrzymując się od uśmiechu, który mimowolnie
cisnął mi się na usta.
– Wiesz co, Dorianie? –
spytałam cicho, spoglądając ukradkiem w jego przepełnione nadzieją oczy, które
wyczekiwały mojej odpowiedzi. – Chyba częściej będę zapraszała cię na herbatę.
Chłopak podniósł się ostrożnie
z krzesła.
– Przyjmę tę skromną
ofertę, żeby towarzyszyć ci w wolnej chwili przy twojej pracy. Może nawet
nauczysz mnie czegoś o ziołach?
– Z miłą chęcią. Od
jakiegoś czasu potrzebuję rosłego pomocnika.
– Jestem do twoich
usług.
Nie spodziewałam się,
że Dorian mrugnie do mnie okiem. On chyba sam tego nie zanotował. W przeciwnym
razie od razu spłonąłby rumieńcem i szybko przemieściłby się w stronę drzwi
wyjściowych. Może herbata uspokajająca rzeczywiście pozytywnie na niego
zadziałała?
– Pozwolisz, że
przygotuję się do podróży? Będę tutaj dosłownie za kilkanaście minut.
Kiwnęłam głową.
Zdziwiło mnie to, że w pewnym momencie zaczęłam skubać swój warkocz. Robiłam
tak zawsze, kiedy czułam się szczerze zawstydzona. Być może to dlatego, że
pierwszy raz dogadywałam się z jakimś chłopakiem, który z biegu nie żądał
ożenku, starając się zamydlić mi oczy pięknymi porównaniami mojego wyglądu do
leśnych, płochliwych zwierzątek.
Dorian skierował się w
stronę drzwi, ale gdy je otworzył, zatrzymał się w progu i spojrzał na mnie
podejrzliwie przez ramię.
– Czy w tej herbacie
było… coś szczególnego? – zapytał z dawną niepewnością w głosie.
– Dokładnie to samo, co
w mojej.
Posłałam mu tajemniczy
uśmiech, na który on zareagował niezrozumieniem. Istniała w końcu możliwość, że
pomyliłam zioła. Powonnik był bowiem podobny do sercowatego ziela, a ono zaś
odpowiadało za niespodziewane zauroczenie. Istniała jeszcze jedna możliwość. Wcale
nie potrzebowaliśmy żadnych ziół, aby poczuć to, co się zaczęło w momencie, w
którym na siebie spojrzeliśmy. W końcu uczucia wędrowały różnymi ścieżkami.
/Ja tu wpadnę, Sarenko, jutro przed pracą i stanę się Twoim mistrzem.
OdpowiedzUsuńArato/
Hej :)
UsuńTekst może nie do końca w Twoim stylu, ale ja się szczerze zaczytałam, zauroczyłam, a Doriana to chętnie sama zaprosiłabym na herbatkę. Ciekawe spojrzenie na temat, może akcji nie ma za wiele, ale tekst jest lekki i spokojny, historia dobrze opowiedziana, nie czuję się źle po zakończeniu lektury. Właściwie to poznałabym bohaterów i ich dalsze losy, bo mnie zaciekawiłaś.
Pozdrawiam.