Ogłoszenia

Tydzień 5: 11-17.03

Temat 1:

- Tylko my jesteśmy teraz w biurze?

- Ty, ja i to zbyt dojrzałe awokado.

Temat 2: koalicja, spirytus, kartka, drzewo, rzeka (do wyboru min. 3)

sobota, 23 lutego 2019

[2] Bez przeszłości ~SadisticWriter


Nie lubię tego tekstu. To dla mnie trochę takie pierniczenie o dupie Maryny. Na dodatek mój plan nie poszedł tak, jak to sobie wyobrażałam, w efekcie czego uzyskałam zaledwie połowę tego, co zamierzałam napisać. W dodatku nawet nie miałam już ochoty tego poprawiać. No, ale trudno. Tekst jest? Jest. Jak go ktoś przeczyta, to będzie moim mistrzem, serio. Ale nie polecam. 

***
Zioła zbierałam zawsze o poranku. Okryte rosą rośliny zmrożone przez zimne wieczory były świeższe i zdrowsze niż te spalające się w słońcu w godzinach południowych. Maści, które z nich sporządzałam, były dzięki temu skuteczniejsze. Nauczył mnie tego ktoś, o kim już dawno nie pamiętałam.
Miejscowy uzdrowiciel twierdził, że musiałam kiedyś mocno uderzyć się w głowę, przez co wspomnienia ulotniły się z niej jak poranna mgła, którą przykryły ciepłe promienie słońca. Istniała też możliwość, że ktoś taki w ogóle nie istniał, a wiedzę nabyłam z biegiem lat, ucząc się na własnych błędach. Ja byłam jednak pewna, że ktoś zadbał o to, abym niczego nie pamiętała.
Wszystkie wspomnienia były mgliste. To, co wiedziałam, zawierało się w moich snach. Uzdrowiciel twierdził, że to niedorzeczne ufać własnym urojeniom na jawie, ale ja wierzyłam nocnym wizjom. One zawsze pokazywały mi prawdę. Były dowodem na to, że nie wzięłam się znikąd. Dowodem, że byłam człowiekiem. Ktoś przecież musiał mnie wychować. Bez tego nie wiedziałabym, że potrafię pomagać ludziom.
Byłam skromną zielarką. Potrafiłam rozpoznać człowiecze dolegliwości i dobrać odpowiednie zioła, z którym sporządzałam potem właściwy lek. Swoją tajemniczą wiedzą wychodziłam poza umiejętności miejscowych medyków. Do mojej małej chatki przychodzili nie tylko prości ludzie z wioski. Zdarzało się, że odwiedzali mnie również wielmożni panowie i wysoko urodzone damy. Nie narzekałam na biedę, ale nie żyłam też ponad stan. Ciężko zarobione pieniądze chowałam pod skrzypiącą deską znajdującą się trzy kroki od południowej ściany. Kiedy mogłam, wspierałam biednych jak niewidzialny, dobry duch, o którym istnieniu nikt nie wiedział. Co najważniejsze – nie robiłam tego dla siebie. Robiłam to dlatego, bo zostałam nauczona, że zawsze znajdzie się ktoś, komu gorzej się powodzi, a takim osobom trzeba pomagać. Każdy ma bowiem prawo godnie żyć.
Do wiklinowego koszyczka włożyłam ostatnią garść brunatnego ostojnika pomagającego przy uporczywych bólach żołądka. Ostatnio przychodziło do mnie wiele osób z dolegliwościami trawiennymi, dlatego tworzyłam zapasy. To jednak nie zawsze wystarczało. Myślałam, aby w najbliższym czasie wynająć zaufanego pomocnika, ponieważ czułam już zmęczenie. Ludzie potrafili budzić mnie o każdej porze dnia czy nocy, przez co nie dosypiałam. Często nie miałam nawet czasu na zwykły posiłek. Cieszyłam się, że sąsiadowałam z Gretą, która dbała o mnie jak o własne dziecko, podrzucając mi raz na jakiś czas bochenek chleba czy suszone mięso. Była prawie jak moja matka.
Poprawiłam słomiany kapelusz, przetarłam wierzchem dłoni czoło i ciężko westchnęłam. Słowo „matka” zawsze wywoływało myśli, które dotyczyły przeszłości. W końcu musiałam być czyjąś córką. Szkoda tylko, że nie pamiętałam, kto mnie urodził.  
– Och – usłyszałam za swoimi plecami. Znana ze swojej czujności, prawie natychmiastowo obróciłam się w tył. To nie był jednak nikt groźny. – Dzień dobry.
– Dzień dobry – przywitałam się grzecznie, posyłając młodemu mężczyźnie przyjemny uśmiech. Widziałam jak nerwowo przesuwa swoją czapkę po burzy rozwichrzonych czekoladowych włosów, a jego oczy wędrują z jednego drzewa do drugiego, aby tylko nie spojrzeć w moją twarz. Zaróżowione policzki świadczyły o nieśmiałości, ale to nie było nic nowego, jeżeli chodziło o syna państwa Bisset, Doriana.
– Zawsze widuję cię pani na tych polanach o tej samej porze – przyuważył bez zająknięcia. Tym bardziej zdziwiły mnie wielkie brązowe jak kora drzewna oczy, które skierowały się nieśmiało w moją stronę.
Pomimo tego, że Dorian był moim rówieśnikiem, wyglądał jak chłopak, który ledwo dotknął dorosłości – niepewny świata, a zarazem ciekawy tego, co go w życiu napotka. Na dodatek miał piękny, szczery, niemal dziecięcy uśmiech. Panny ustawiały się w kolejce do ożenku z Dorianem. On jednak odrzucał grzecznie ich zaloty, czekając marzycielsko na tę właściwą wybrankę. Jego matka twierdziła, że ugania się za pewną dziewczyną, ale ona na razie zdaje się go nie dostrzegać. To smutne. Był całkiem miłą i pomocną osobą.
– Proszę nie mówić do mnie „pani”. Jesteśmy w tym samym wieku, Dorianie, na dodatek nie jestem niczyją żoną – powiedziałam, śmiejąc się lekko. Uniosłam rogi swojej roboczej sukni i przeszłam przez gąszcze, ostrożnie stawiając kroki. Kiedy stanęłam naprzeciw mężczyzny, wstrzymał dech. Widocznie za bardzo się do niego zbliżyłam. Aby dodatkowo go nie stresować, przeniosłam spojrzenie na opromienione pola. – Zioła zbierane o poranku są o wiele bardziej wartościowe, to dlatego zaczynamy pracę równolegle.
– Ma pani… to znaczy… Calamity – moje imię wypowiedział ostrożnie, jakby bał się, że w najmniej oczekiwanej chwili zmienię zdanie – tak, to piękne imię, ale… ja nie o tym – zaśmiał się niemrawo. Gdy na niego spojrzałam, przekręcając głowę w bok, on podrapał się w tył głowy. Plamy na jego policzkach były coraz wyraźniejsze. – To znaczy… to wydaje się takie… fascynujące.
– Tak sądzisz? – spytałam z uśmiechem. – Ludzi z reguły nie interesuje to, jak pracuję. Interesuje ich tylko efekt końcowy. Ale to miłe, że uważasz moją pracę za fascynującą.
– To… to nic takiego. – On również posłał mi swój dziecięcy, nieśmiały uśmiech. – Ach, właśnie. Miałem przekazać informację tatka. Prosił o tę maść na dolegliwości skórne. Mogę… mogę po nią dzisiaj przyjść? – Jego brązowe oczy stały się tak wielkie, jakby bał się odmowy. Przecież nie byłam potworem. Dlaczego tak się mnie bał? Może za często się uśmiechałam? Albo byłam zbyt miła?
– Oczywiście. Gdybym wiedziała, że dziś cię tu spotkam, mogłabym ją przynieść ze sobą, ale to nic. Będzie mi miło, jeżeli mnie odwiedzisz. – Poprawiłam zioła usadowione w koszyku, a potem otrzepałam sukienkę, starając się nie zwracać uwagi na mojego rozmówcę.
– Naprawdę?! – spytał zdecydowanie zbyt głośno i gwałtownie, jakby nie dowierzał moim słowom. Spojrzałam na niego, mrugając szybko oczami. Czasami nie potrafiłam go zrozumieć. – Znaczy się… Bardzo mnie to… cieszy. I… widzimy się później!
Chłopak był już tak czerwony, że wyglądał jak dorodny burak, to dlatego w przeciągu kilku sekund umknął między drzewami. Albo mi się zdawało, albo jęknął cicho z zażenowaniem.
– Do zobaczenia – rzuciłam w kierunku jego pleców, po czym ruszyłam w stronę swojej chatki.
Dorian był dziwny, ale jako jeden z niewielu mężczyzn w tej wiosce, nie patrzył na mnie wzrokiem łowcy, pragnącego upolować zwierzynę, której głowę powiesiłby nad kominkiem w postaci trofeum. Gdyby nie był nieśmiałym uciekinierem, zapewne moglibyśmy się zaprzyjaźnić. Brakowało mi kogoś, z kim mogłabym porozmawiać o czymś innym, niż o lekach i chorobach. Ludzie raczej trzymali się ode mnie z daleka, jeżeli nie potrzebowali akurat mojej pomocy. A jeżeli byli to mężczyźni, często się zalecali lub z biegu składali propozycję ożenku.
Jeszcze raz uśmiechnęłam się w stronę słońca, dziękując mu za dawkę ciepłych promieni, a potem ruszyłam w stronę chatki. Dzisiaj czekało mnie bowiem dużo pracy.
***
Tutejsi ludzie doskonale wiedzieli, że byłam zielarką, jednak nikt z nich nawet się nie domyślał, co pomagało mi w codziennych trudach, kiedy dostawałam mnóstwo zleceń naraz. Wszyscy myśleli, że byłam samodzielna, zręczna i pracowita. Nie mylili się. Jednak gdyby nie moja moc, którą trzymałam w ukryciu, nie byłabym w stanie sprostać ich oczekiwaniom. To byłaby nadludzka, wymęczająca praca, która do niczego by nie prowadziła.
Moja tajemnicza zdolność polegała na uczeniu poszczególnych przedmiotów rutynowej pracy. To dlatego drewniana łyżka mieszała w kociołku parzone liście mięty w tym samym odstępie czasu, nóż przesuwał kolejno ostojnik, bagnisty moczyk i irmidę leśną na deskę, krojąc ją na drobne kawałeczki, a potem przenosząc do miski, drewno samo dokładało się do paleniska, a słoiczki napełniały gotowymi do użycia maściami. Dzięki temu mogłam zająć się innymi czynnościami, a także raz na jakiś czas posprzątać i przyrządzić popołudniową strawę. Trzymanie tego w sekrecie nie było trudne, ale bardzo męczące. Każdego dnia moje serce kłuł strach przeradzający się w myśl, że zostanę odkryta, a wtedy posądzą mnie o bycie wiedźmą, którą zresztą mogłam być – w końcu nie wiedziałam, skąd pochodzę. Potem te myśli jednak się uspokajały, ponieważ zdawałam sobie sprawę z tego, że ktokolwiek do mnie przychodził, zawsze pukał do drzwi i czekał, aż mu je otworzę.
Tym razem było jednak inaczej.
– Panno Calamity! – usłyszałam krzyk zdecydowanie zbyt późno. Młodzieniec, który próbował mnie przed czymś ostrzec, wbiegł do mojego domu zdyszany, a potem dopowiedział: – Proszę zamknąć okna, bo w wiosce…  
Wydawałam z siebie przerażony okrzyk dziewczyny, która właśnie została nakryta w momencie, w którym się przebierała. Wszystkie przedmioty, które swobodnie lewitowały, nagle przerwały swoje rutynowe działania i runęły na podłogę z hukiem, robiąc przy tym bałagan.
Widząc zszokowaną minę sąsiada, który stał osłupiały w drzwiach, miałam ochotę uciec. Tylko że nie wiedziałam, gdzie.
– To… to nie tak, jak myślisz, Dorianie – powiedziałam drżącym głosem, wystawiając przed siebie dłonie. Nie spodziewałam się, że ten chłopak w ogóle jest zdolny do takiego czynu, jak niekulturalne, bezpardonowe przekroczenie progu mojego domu. Nikt się nigdy na to nie odważył. – Ja… Cóż. Nie jestem zła. A to wszystko… to wszystko to coś… – jęknęłam, przerywając swój bełkot. – To magia, tak, ale nie jestem wiedźmą, przysięgam na własne życie!
– Ja… ja naprawdę… – przerwał, rozglądając się z zakłopotaniem po kuchni – przepraszam. Nie chciałem tak nagle, ale… z hodowli pana Coutre uciekły ptaki, które narobiły w wiosce chaosu. One… wlatują do domów i wywracają wszystko, co się znajdzie w zasięgu ich szponów. A to… to… ja naprawdę nie chciałem. – Dorian postawił dwa kroki w tył, jakby lada moment miał uciec.
– Nie! – krzyknęłam gwałtownie z rozpaczą w głosie. – Błagam, nie mów o tym nikomu! Nie chcę spłonąć na stosie! – Moje oczy wypełniły się łzami. Dotąd nie pokazywałam nikomu swoich prawdziwych uczuć. Owszem, uśmiechałam się do wszystkich mieszkańców, witając ich miłymi słowami, ale nikt nigdy nie miał okazji zobaczyć choćby łzy w kącikach moich oczu. Czułam się tym zażenowana.
– D-dobrze – odpowiedział niepewnie Dorian. Coś w jego głosie podpowiadało mi, że będzie miał niecny warunek. – Mam tylko jeden warunek. – Jęknęłam w duchu, modląc się o to, aby nie poprosił mnie o rękę. – Może to zbyt nachalne i dziwne, ale… – nie, nie, nie, nie, błagam, tylko nie to – wyjaśnisz mi… to wszystko?
Odetchnęłam z wyraźną ulgą. Dziękowałam wszystkim siłom niebieskim za to, że chodziło tylko o taką błahostkę. Zdawało mi się, że mogłam mu zaufać w tej kwestii. Choć nie znałam go tak dobrze, wiedziałam, że należał do rodziny uczciwych ludzi. Miałam nadzieję, że mój sekret pozostanie przy nim bezpieczny.
***
Upiłam łyk herbaty, patrząc spode łba na mojego rozmówcę, który wyjątkowo wydawał się być uspokojony. Jeszcze tego nie wiedział i prawdopodobnie się nie dowie, ale sporządziłam dla niego napój, który miał w sobie nutkę melisy i powonnika. Nie chciałam, żeby w pewnym momencie tak się zażenował, że ucieknie wraz z moją niewyjaśnioną tajemnicą do domu. Jak się okazało, pozbawiony swojego codziennego zawstydzenia, był partnerem wprost idealnym do rozmowy.
– A więc nie wiesz, skąd u ciebie ta moc i nie masz pojęcia, skąd pochodzisz? – spytał, zapatrując się w sufit.
Kiwnęłam głową.
– Wszystkie moje wspomnienia z dzieciństwa są mgliste. Wiem tylko tyle, że musiałam wychowywać się w dużym gronie dzieci w różnym wieku. I że zajmowała się nami kobieta. Wszyscy mieszkaliśmy w małej chatce, gdzie ledwo się mieściliśmy. Dużo bawiliśmy się na świeżym powietrzu. Już wtedy zbierałam zioła. – Westchnęłam ciężko, a potem upiłam łyk swojej herbaty, również w tym samym zestawie roślinnym, co Dorian. Nikt nie powiedział, że sama nie byłam zestresowana tą rozmową. – Mam wrażenie, że ta kobieta nie była moją matką. Chyba… chyba pamiętam osobę, która mnie urodziła, a także ojca. To było zanim trafiłam do nowej rodziny. Wydaje mi się, że… bardzo mnie nie lubili. – Spojrzałam z zażenowaniem w bok, nie chcąc wypowiedzieć na głos tego, co miałam na myśli. Do tej pory mój nadgarstek zdobiła długa blizna będącą pozostałością po jednej z licznych kar za wymykanie się z domu.
– Przepraszam, że o to spytam, ale… – Dorian spojrzał na mnie podejrzliwie spode łba – robili ci… krzywdę? – Spojrzał na moją dłoń, którą szybko ukryłam pod rękawem sukni. Widocznie za długo wpatrywałam się w bliznę.
Moje policzki lekko się zaróżowiły.
– Tak, chyba tak – powiedziałam od niechcenia, spoglądając gdzieś w bok. – Ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Resztę życia spędziłam… dobrze.
Dorian spojrzał na mnie współczująco.
– Jednak nic z niego nie pamiętasz.
– Niestety.
– To musi być dla ciebie ciężkie.  
– Szczególnie ciężkie, gdy ludzie rozmawiają o swoim życiu, a ja jestem uzbrojona wyłącznie w wiedzę dotyczącą ziół.
– Nie zgadzam się z tym. – Chłopak zmarszczył czoło. – Rozmowa z tobą jest naprawdę ciekawa. Rozmawiamy niemal od godziny, a ja jestem szczerze zainteresowany. – Po tych słowach chrząknął z zawstydzeniem, zerkając gdzieś w bok. – Oczywiście naszą rozmową.
– Jesteś zabawny, Dorianie. – Uśmiechnęłam się do niego szczerze, sama się sobie dziwiąc. Z reguły wszystkie moje miłe gesty były wyuczone i sztuczne. Ten nie był. Może to dlatego, że w końcu zrzuciłam z siebie ciężar niewiadomej przeszłości. Na dodatek po raz pierwszy ktoś wyraził chęć szczerej rozmowy ze mną. To naprawdę miłe uczucie, kiedy jakiś człowiek interesował się tobą bez żadnych korzyści w tle. 
Odnosiłam wrażenie, że chłopak chciał udzielić mi odpowiedzi, ale nagle jego usta ułożyły się w kształt litery „o”, a oczy rozszerzyły w zdziwieniu. Wyglądał jakby przypomniał sobie o czymś naprawdę ważnym.
– Ta historia, o której mi opowiedziałaś… Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że z czymś mi się kojarzy. Oczywiście opowiadali mi o tym rodzice, ale może ma to jakiś związek z twoją przeszłością? – Kiedy on uśmiechnął się z nadzieją, ja zrobiłam zdziwioną minę. Moje serce mimowolnie szybciej zabiło. – Legenda głosi, że żyła w naszej wiosce wiedźma, którą posądzono o złe czary. Mieszkańcy chcieli się jej pozbyć, ale wiedźma uciekła i nigdy więcej się nie wróciła. Po kilku dniach od jej ucieczki zaczęły znikać dzieci. Wkrótce zauważono, że były to głównie dziewczynki i chłopcy z rodzin, które się nad nimi znęcały. – Tu spojrzał niepewnie w moim kierunku, jakby zastanawiał się, czy przypadkiem mnie tym stwierdzeniem nie uraził. Moja mina pozostała jednak bez zmian. – Ponoć porywała je wiedźma. Raz widziano przed jej chatką bawiące się wesoło dzieci, ale gdy następnym razem ludzie z wioski przybyli w to miejsce, chatki już nie było.
W mojej głowie pojawiło się niewyraźne wspomnienie. Mglistymi oczami widziałam okwiecone fiołkami wzgórza, bujne cyprysy i drewniany domek nieopodal błękitnego jeziorka.
Gwałtownie podniosłam się w górę, spoglądając z niedowierzaniem na mojego rozmówcę. Krzesło, na którym siedziałam, upadło z trzaskiem na podłogę.
– Pamiętam to miejsce – powiedziałam podekscytowana. Podeszłam do Doriana i chwyciłam go za dłonie. Spojrzałam prosto w jego brązowe oczy z nadzieją. – To niedaleko stąd. Byłam tam ostatnio. Widziałam fiołkowe wzgórza. Zbierałam tam zioła! Już wiem, dlaczego czułam wtedy radość! O mój Boże, Dorianie, to musi być to miejsce!
Chłopak zamrugał oczami i wyraźnie się spiął. Spoglądał w moje błękitne oczy z otwartymi ustami, które pomimo starań nie potrafiły z siebie wyrzucić żadnych słów. Wtedy zrozumiałam, że szczęście przysłoniło mój rozum. Przekroczyłam cienką linię prywatności, która pomiędzy nami była. To sprawiło, że puściłam jego dłonie i gwałtownie się od niego oddaliłam, jakbym się nagle czymś sparzyła.
– Przepraszam, ja po postu bardzo się ucieszyłam – zaśmiałam się niemrawo, patrząc na niego z góry jak małe dziecko, które próbuje zataić wszystkie krzywdy uśmiechem.
– Rozumiem to, naprawdę. – Dorian również niemrawo się zaśmiał, drapiąc się przy okazji w tył głowy, co było dla niego znamiennym gestem. – Jeżeli chcesz, to… możemy tam pójść. Razem. – Posłał mi nieśmiały, ale wciąż uroczy uśmiech.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
Moje serce zalała fala ciepła. Byłam już przyzwyczajona, że wszędzie chodziłam sama. Nie przeszkadzała mi samotność, ale nie mogłam powiedzieć, że ją lubiłam. Może nie znałam szczególnie dobrze Doriana, ale roztaczał wokół siebie przedziwną aurę zaufania. Wierzyłam swoim mocom. To dzięki nim potrafiłam rozróżnić, kto miał dobre, a kto złe intencje.
– Czy w takim razie możemy wyruszać tam zaraz? – zapytałam niepewnie, skubiąc róg swojego szarego fartuszka ubrudzonego ziemistymi plamami.
Zdziwiony Dorian pokiwał głową.
– Skończyłem na dziś swoją pracę, więc jeżeli takie jest twoje życzenie…
– Tak! – wykrzyknęłam, a potem gdy usłyszałam dźwięczny śmiech, spłonęłam rumieńcem. – Przepraszam, po prostu nie mogę uwierzyć w to, że być może dowiem się czegoś na temat swojej przeszłości.
– W porządku. Cieszę się, że w końcu zobaczyłem prawdziwą ciebie.
Miły uśmiech rozświetlił okrągłą twarz chłopaka.
– Prawdziwą mnie? – zdziwiłam się.
– Tak. Zawsze jesteś miła, ale przy okazji bardzo stonowana i ostrożna. Do nikogo zbytnio się nie zbliżasz i trzymasz się na uboczu. Teraz zobaczyłem w tobie kogoś innego. Radosną dziewczynę, która nie jest tylko zielarką.
Zaczesałam kosmyk kasztanowych włosów za ucho, powstrzymując się od uśmiechu, który mimowolnie cisnął mi się na usta.
– Wiesz co, Dorianie? – spytałam cicho, spoglądając ukradkiem w jego przepełnione nadzieją oczy, które wyczekiwały mojej odpowiedzi. – Chyba częściej będę zapraszała cię na herbatę.
Chłopak podniósł się ostrożnie z krzesła.
– Przyjmę tę skromną ofertę, żeby towarzyszyć ci w wolnej chwili przy twojej pracy. Może nawet nauczysz mnie czegoś o ziołach?
– Z miłą chęcią. Od jakiegoś czasu potrzebuję rosłego pomocnika.
– Jestem do twoich usług.
Nie spodziewałam się, że Dorian mrugnie do mnie okiem. On chyba sam tego nie zanotował. W przeciwnym razie od razu spłonąłby rumieńcem i szybko przemieściłby się w stronę drzwi wyjściowych. Może herbata uspokajająca rzeczywiście pozytywnie na niego zadziałała?
– Pozwolisz, że przygotuję się do podróży? Będę tutaj dosłownie za kilkanaście minut.
Kiwnęłam głową. Zdziwiło mnie to, że w pewnym momencie zaczęłam skubać swój warkocz. Robiłam tak zawsze, kiedy czułam się szczerze zawstydzona. Być może to dlatego, że pierwszy raz dogadywałam się z jakimś chłopakiem, który z biegu nie żądał ożenku, starając się zamydlić mi oczy pięknymi porównaniami mojego wyglądu do leśnych, płochliwych zwierzątek.
Dorian skierował się w stronę drzwi, ale gdy je otworzył, zatrzymał się w progu i spojrzał na mnie podejrzliwie przez ramię.
– Czy w tej herbacie było… coś szczególnego? – zapytał z dawną niepewnością w głosie.
– Dokładnie to samo, co w mojej.
Posłałam mu tajemniczy uśmiech, na który on zareagował niezrozumieniem. Istniała w końcu możliwość, że pomyliłam zioła. Powonnik był bowiem podobny do sercowatego ziela, a ono zaś odpowiadało za niespodziewane zauroczenie. Istniała jeszcze jedna możliwość. Wcale nie potrzebowaliśmy żadnych ziół, aby poczuć to, co się zaczęło w momencie, w którym na siebie spojrzeliśmy. W końcu uczucia wędrowały różnymi ścieżkami.

2 komentarze:

  1. /Ja tu wpadnę, Sarenko, jutro przed pracą i stanę się Twoim mistrzem.
    Arato/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :)
      Tekst może nie do końca w Twoim stylu, ale ja się szczerze zaczytałam, zauroczyłam, a Doriana to chętnie sama zaprosiłabym na herbatkę. Ciekawe spojrzenie na temat, może akcji nie ma za wiele, ale tekst jest lekki i spokojny, historia dobrze opowiedziana, nie czuję się źle po zakończeniu lektury. Właściwie to poznałabym bohaterów i ich dalsze losy, bo mnie zaciekawiłaś.
      Pozdrawiam.

      Usuń